„Demokracja koncesjonowana 2.0″
Tygodnik Do Rzeczy

8/2014

dorzeczyNie cieszcie się ze streamingu rewolucji, jeśli wystarczy jeden ruch przełącznika, a zapadnie ciemność.

Wszystko można odłączyć. Choć nie od razu. Stacje BTS (transmitujące sygnał telefonii komórkowej) przekazują które telefony, czyje, kiedy – logują się w którym z newralgicznych miejsc protestu. To wartościowe dane. W Mińsku na ich podstawie administracja Łukaszenki dokonywała masowych zatrzymań. Na Ukrainie zaś dane te były ostatnio gromadzone.

Spis ludzi z telefonami komórkowymi obecnymi w miejscu zgromadzenia to z punktu widzenia władz ekstremalnie wartościowy zbiór.

A więc monitorowanie. A potem – odłączenie. Wszystko można odłączyć. Nie ma żadnej ogólnoświatowej regulacji, która sprawiałaby, że nie można wyłączyć stron zagranicznych, konkretnych serwisów, albo „ruchu wychodzącego” (a więc publikowania informacji).

Neutralność sieci jest mitem. Władza wszystko może, ilekroć uzna, że tak dla obywateli lepiej. Twitter, Facebook, Instagram, Linkedin, Google Plus… Obrazki i słowa, słowa i streaming wideo. Wszystko do wyłączenia.

Nie cieszcie się ze streamingu rewolucji, jeśli wystarczy jeden ruch przełącznika, a zapadnie ciemność.

Wyłączenie albo filtr – jak ostatnio w Turcji – na konkretne słowa lub nadawców, filtr na konkretne rejony miasta czy kraju, zadżumione rwetesem protestów. Blokada połączeń między abonentami lub ich grupami – łatwymi do wskazania. Między mężczyznami w wieku 15-65 lat o wpływach na konto poniżej średniej krajowej. Kobietami, których telefony logowały się w ostatnim roku do stacji bazowych w pobliżu więzień.

Technika nigdy nie była demokratyczna ani antydemokratyczna. Zawsze zaś, choć dziś jakby mocniej, podległa wpływom sprawujących rządy. Jutro zaś może być najlepszym gwarantem utrzymania tych rządów u władzy.

Ten, kto sprawuje władzę nad Internetem może nie tylko monitorować albo odłączać użytkowników. Może też modyfikować, falsyfikować przekazywane treści. Łatwo blokować inicjatywy, przejmować konta i prowadzone na nich akcje, rozpraszać uwagę, modyfikować treść. A przez to kierować masy ludzi w różne strony. Prowokować lub uspokajać tłum, do woli. Z oddali sterować protestem, jak nigdy jeszcze dotąd w historii wpływać na informację i przebieg masowych zdarzeń.

Wszystko jest na sprzedaż. Operatorzy telekomunikacyjni i korporacje nowych mediów sprzedają dziś swych klientów w Chinach, w Birmie, w Turcji, w Stanach Zjednoczonych. Dla nich to po prostu biznes. A my zakładając konto w bezpłatnym serwisie, w którym nasze treści nie należą już do nas, zgadzamy się przecież na wszystko.

Eryk Mistewicz

Tekst ukazał się w wyd. 8/2014 tygodnika „Do Rzeczy”.