„Twitter nie wygra za was kampanii”
Tygodnik Do Rzeczy

14/2014

dorzeczyKolejni kandydaci chcą wygrać wybory europejskie, samorządowe, parlamentarne wykorzystując nowe media.

Po pierwsze, nie mają zbyt dużo pieniędzy. Wiedzą już, ile kosztują billboardy, reklama telewizyjna, radiowa, prasowa i na portalach internetowych. I wiedzą, ile razy przekaz musi być powtórzony. Odbiorcy uodpornili się na ponad trzy tysiące przekazów atakujących ich zewsząd każdego dnia. Jest ich tyle, że nawet największe pieniądze przestały być gwarancją efektywnego dotarcia do nich.

Po drugie, ich odbiorcy – nie tylko młodzież – swoje źródła informacji mają w sieci. Z mniejszą wiarą podchodzą do wiadomości i opinii podawanych przez tradycyjne media. Bardziej wierzą swoim „przyjaciołom” w sieci. Wpływanie na „przyjaciół” staje się więc kluczem do decyzji odbiorców, zamiana w „pudła rezonansowe” decyzji, które powinni podjąć oni i ich „przyjaciele”: pójścia do wyborów, zagłosowania.

Po trzecie, na Twitterze (w mniejszym stopniu na Facebooku, szczególnie po ostatnich wymuszonych przez giełdę zmianach w tym serwisie) są wszyscy liczący się odbiorcy. O ile wpis zostanie dobrze przemyślany, dobrze przygotowany, wówczas ma szansę rozejść się bardzo szeroko docierając bezpośrednio choćby do @PremierTusk czy liderów wszystkich partii opozycyjnych, z wyjątkiem PiS.

Stąd potrzeba: założenia konta na Twitterze, poprowadzenia kampanii w sieci, zyskania wartościowych followersów (osób śledzących wpisy), nauczenia sie, o czym pisać, kiedy pisać, do kogo pisać, jakim językiem pisać.

I tysiąc pytań. Czy wypada zamieścić wpis bezpośrednio do premiera? Których spośród ponad 500 polskich dziennikarzy na Twitterze warto śledzić? Ile wpisów dziennie zamieszczać? Czy dołączać odnośniki do swoich nagrań na YouTube? Czy wchodzić w interakcje ze społecznością sieci? Kiedy i za co blokować rozmówców? Czy zwracać się do nich „per ty” i czy pozwalać na takie zwracanie się do nas?

I najważniejsze pytanie: czy konto na Twitterze sprawi, że wygramy wybory? Zostaniemy burmistrzem, prezydentem, posłem, dostaniemy się do Parlamentu Europejskiego?

Odpowiedź jest brutalna: nie. Świat komunikacji rzeczywiście się zmienił. Media, którymi wygrywaliśmy wybory jeszcze pięć lat temu, tracą wpływ. Inne są źródła pozyskiwania informacji przez potencjalnych wyborców, inne mechanizmy przekonywania, komunikację musimy też dostosować do zmieniającej się mapy liderów opinii.

Jednak strategia, a więc myślenie, ważniejsze jest, od narzędzi, choćby Twittera. Wiedza, doświadczenie, intuicja, to w prowadzeniu kampanii i wygrywaniu wyborów jest niezmienne. Zmieniają się narzędzia, ale to nie one wygrywają wasze kampanie.

Eryk Mistewicz

Tekst ukazał się w wyd. 14/2014 tygodnika „Do Rzeczy”