„Warszawa, miasto bez marzeń”
Tygodnik Do Rzeczy

15/2014

dorzeczyWieżę Eiffla zbudowano tak sobie, od niechcenia, aby pokazać, że można. Wystawy światowe, takie jak ta w Paryżu w 1889 r., służyły zachwytowi świata. Wieża Gustave’a Eiffela miała być symbolem nowej epoki. Nie było jeszcze wtedy plastiku w otoczeniu i w myśleniu. Sięgaliśmy gwiazd, mieliśmy marzenia. I Wielkie Projekty.

Cofnęliśmy się. Brak dziś polityka, osoby publicznej, lidera opinii, który zaproponowałby wzniesienie współczesnej Wieży Eiffla. Bo po co? Dlaczego? Przecież są inne potrzeby…

* * *

Nie lubię Warszawy. Miasta niszczejącego mentalnie, podupadającego kulturowo, z zanikającą tkanką społeczną.

Mieszkańcy Warszawy nie reagują, gdy są obrażani, gdy wielkie plakaty „Gazety” mówią o nich: „słoiki”. Nie reagują, gdy główny punkt miasta, rondo przy Dworcu Centralnym ich reprezentanci chcą nazwać imieniem Ryszarda Ochódzkiego, albo Czterdziestolatka.

A jednocześnie bliska mi w jakiejś części, pracująca w tym mieście grupa 96 osób, nadal nie ma tu swego ronda, placyku, ulicy, alei, skweru; pomnika, domu kultury, teatru, muzeum; stacji metra, pasażu, szkoły, przedszkola, żłobka; parku, parczku, kładki… właściwie czegokolwiek. Czegokolwiek.

* * *

324 m. wysokości, 9 ton żelaza, 18 tys. części i 2,5 mln nitów, 50 ton farby potrzebnej co kilka lat do jej odnowienia… – nie to jest ważne. Najważniejsze marzenie. Idea, pomysł, radość tworzenia. Choćby – jak początkowo planowano – tylko na 20 lat. Tworzenie czegoś, czego nikt wcześniej nie zrobił.

Także tworzenie opowieści. Wieża Eiffla od początku była opowieścią. Opowieścią o mieście, kraju, liderze technologicznym i inżynierskim u progu nowego wieku. O wizji bez granic.

* * *

Warszawa to miasto załatwiactwa.

Jeśli Polska nie lubi Warszawy czy też Warszawki, to właśnie za załatwiactwo, którego Warszawa, z wiodącą rolą władz tego miasta (acz barwy partyjne, od kilkunastu już lat, nie mają tu szczególnego znaczenia) jest egzemplifikacją. Załatwiactwo z łamaniem wszelkich planów, kręgosłupów ludzi, przekupienia ich albo sprowadzenia do parteru. Załatwienie zgody na zabudowę ogródków jordanowskich, rozbiórkę zabytkowych chronionych fragmentów miasta, zniszczenie tego, co niegdyś odbudowywano z pietyzmem na podstawie obrazów Canaletto, a dziś z załatwioną zgodą na zniszczenie Placu Zamkowego.

Załatwiactwa przechodzącego z jednej ekipy na drugą, niczym wielkomiejska wstydliwa choroba.

Architekt miasta właśnie tłumaczy, że współczesna architektura powinna być przede wszystkim użyteczna.

Nie. Nie namawiam do wzniesienia w Warszawie Wieży Eiffla. To tylko o tym, że Warszawa mentalnie niszczeje.

Eryk Mistewicz

Tekst ukazał się w wyd. 15/2014 tygodnika „Do Rzeczy”