„Twitter: informacja w mgnieniu oka”, Dziennik

12 lipca 2009 r.

Eryk Mistewicz

To nie jest kolejny kanał informacyjny, ale otwarte 24 godziny na dobę światowe bistro – zauważył @benoitraphael – Benoit Raphael, szef wydania internetowego „Le Monde”. Każdy coś tu zostawia, każdy coś bierze. Wibrują najważniejsze fakty – wpisywane przez polityków pod stołem w trakcie posiedzeń rządów i rad gabinetowych, sondaże, opinie, zapowiedzi wydarzeń… 

Mimo, że Twitter istnieje od 2006 r., dopiero w tym roku stał się tematem rozmów jako medium, które zmienia dziś świat społecznej komunikacji. Także – w polityce. Po wydarzeniach w Iranie stał się najszybszym kanałem informacji, a prestiżowy tygodnik „The Economist” wydał werdykt: „Twitter 1 : CNN 0″. Dziś konta ma tu już francuski MSZ, większość ambasad Niemiec, USA, Francji i Kanady. 

Twitter łamie dotychczasowe kanony obiegu informacji, sprowadza ją do krótkich notek – 140 znaków, a więc jeszcze mniej niż w SMS-ie. Wpisywane w telefonie komórkowym, iPodzie, iPhonie, Blackberrym, laptopie szybko, w biegu, na miejscu zdarzeń, bez zwracania uwagi na gramatykę. Podając skondensowaną do granic możliwości informację. Dziś kto nie potrafi opowiedzieć swojej historii w 140 znakach, w 30 sekundach w windzie, na pasku TVN 24, i to tak, aby rozeszła się w tłumie, budząc żywą, przewidywalną reakcję, ten widocznie nie ma historii godnej opowiedzenia. Ten – w świecie pędzących ludzi, którzy na nic nie mają czasu, w świecie zmieniającej się komunikacji społecznej – wypada z gry. 

Twitter nie czeka do 19.30 lub do następnego dnia rano, aby nam o czymś opowiedzieć. Co więcej, nie czeka też, aż jakieś wydarzenie się dopełni. Każdą ważniejszą konferencję w Waszyngtonie, Brukseli czy Warszawie możemy tu śledzić w czasie rzeczywistym. Nawet wywiad, jak sensacyjną rozmowę @sylvainattala z Luizem Inacio Lulą da Silva, prezydentem Brazylii, jeszcze przed emisją. I każde wybory. Nazwisko nowego kanclerza Niemiec było już wiadome właśnie z Twittera 15 minut przed oficjalną nominacją z wpisu deputowanego SPD. @ulrichkelber napisał: „Zakończyliśmy liczenie. 613 głosów. Koehler wybrany”. 

Po tym, gdy za sprawą Baracka Obamy (@barackobama) zainteresował się tym sposobem komunikacji prezydent Nicolas Sarkozy, a w ślad za nim francuscy politycy, najnowsze badania agencji Human to Human podają, że już 80 proc. ministrów nad Sekwaną jest stale obecnych w „mediach nowej generacji”. Twitter stał się trendy, także w Polsce. Ostatnio, gdy przez drzwiami gabinetu marszałka sejmu tłoczyli się dziennikarze, czekając na zakończenie Konwentu Seniorów, niektóre jego ustalenia były już wiadome dzięki temu medium. 

Twitter przekazuje „surówkę informacyjną”. To, na co czekają ludzie, i co są w stanie przyjąć najłatwiej w natłoku informacji. A więc wiadomości saute – nieobrobione cytaty, fakty, dane, opinie, ciekawe narracje. Nie czekając na redaktora, decyzję kolegium redakcyjnego. Informacja pozbawiona została „wąskich gardeł”. Dziennikarze ery Twittera przestają być jedynymi władcami informacji, w której posiadanie weszli i którą mogą odbiorcy przekazać lub nie. 

Powstaje globalna społeczność dzieląca się informacjami i wrażeniami w czasie rzeczywistym. Także pomagająca sobie wzajemnie. Gdy spytałem na Twitterze o sposoby rozmnażania żółwi stepowych, tytuł książki Ala Gore’a (@algore) i miejsce pobytu jednego z ministrów Kancelarii Prezydenta – informację zwrotną otrzymałem po dwóch minutach. 

Do tego, że Twitter będzie podawał informacje przed mediami tradycyjnymi, a nawet je inspirował, należy się przyzwyczaić. Stąd pochodziły domysły mediów o planowanej przez francuski Libertas obecności Lecha Wałęsy 4 czerwca w Paryżu. To Twitter podał najszybciej wynik rozmów Donalda Tuska z Lechem Wałęsą w tej sprawie – i wycofanie się laureata Nagrody Nobla z relacji z @declanganleyem. Także o zakończeniu prac nad nowym projektem konstytucji u rzecznika praw obywatelskich, o problemach z Euro 2012 na Ukrainie i o pomyśle UEFA, aby symbolem tej najważniejszej imprezy było jajko, ewentualnie pisanka. To najpierw tutaj znalazłem wiadomość, że picie kawy opóźnia chorobę Alzheimera. Następnego dnia została powtórzona w serwisach internetowych i w telewizjach, a dopiero dwa dni później w prasie… 

Zjawisko „kopiuj – wklej” uznawane było jeszcze niedawno za największą zbrodnię w obiegu informacji. Stanowiło synonim kradzieży własności intelektualnej. Twórcy Twittera tę zasadę uznali tymczasem za jeden z najlepszych sposobów animowania dyskusji. Nie mówimy już o kradzieży informacji, ale dzieleniu się nią z innymi użytkownikami, kiedy uznamy, że jest ważna, interesująca, dobrze podana. Tym samym nagradzamy jej autora, który może śledzić rozchodzenie się swego wpisu w świecie. 

Twitter na nowo definiuje pojęcie mainstreamu mediów. Wiadomości przestają wypływać wyłącznie z wielkiej „informacyjnej rury”, z serwisów CNN, „Wiadomości” o 19.30, porannych dzienników. W to miejsce pojawiać zaczynają się informacje rozproszone, przekazywane z Blackberry’ego i iPhona jednym naciśnięciem klawisza na wiele wiele innych, w czasie rzeczywistym, a potem znów dalej i dalej… A pamiętajmy, że wpisy mogą zawierać link do większego tekstu, materiału wideo czy nawet kilkudziesięciostronicowej prezentacji w PowerPoincie. Twitter jest budowaniem przez odbiorcę własnej gazety – odbieranej na ekranie telefonu komórkowego czy laptopa, składającej się z informacji bezpośrednio napływających tylko od tych, których chce – polityków, dziennikarzy, sportowców, artystów, bloggerów, kolegów z pracy. Nadawców tych obdarza zaufaniem (czasami będą to media klasyczne, jak @tvn24, @dziennik.pl czy @radiomaryja). A nadawca, szczególnie ten przedstawiający się z imienia i nazwiska, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności za słowo bardziej, niż mamy z tym do czynienia w przypadku klasycznych mediów, o rozproszonej odpowiedzialności. Nadawca stoi przecież twarzą w twarz z odbiorcą swojej informacji. 

Nie bagatelizuję potencjalnych zagrożeń związanych z rozwojem mediów nowej generacji. Łatwa z pozoru możliwość zaszczuwania przeciwników, aż po zinstytucjonalizowane operacje dyfamacyjne zwane czasami mylnie „czarnym PR”. Takie działania mogą być jednak organizowane przecież także przez media tradycyjne. Siła przekazu nadawcy Twittera dysponującego np. zadeklarowanymi 10 000 odbiorców porównywalna jest dziś z mocą dobrego publicysty tradycyjnych mediów. I nadawca Twittera i publicysta mogą zaprzepaścić zaufanie odbiorców w jednej chwili – wprowadzając w obieg fałszywą informację albo zwodniczą opinię. I jeden, i drugi reputację budują i tracą z równą łatwością, bez różnicy. Może tylko w przypadku Twittera proces weryfikacji informacji i rozchodzenia się wieści o wypuszczonej „fałszywce” jest szybszy. W czasie zamieszek w Iranie i ostatnich w Chinach użytkownicy Twittera przekazywali sobie takie właśnie wpisy z ostrzeżeniem: „FAIL”. 

Dziś 44 proc. Amerykanów szuka informacji politycznych w Internecie – podają badania Pew Research. Gdy instytut IFOP dla „Le Figaro” przeprowadził podobne we Francji, okazało się, że przed ostatnią kampanią do Parlamentu Europejskiego źródłem decyzji wyborczej były: Internet (56 proc.), TV (50 proc.), radio (47 proc.), a dopiero na dalszych miejscach prasa. Nic więc dziwnego, że także politycy zaczynają orientować się na globalną sieć. Już następnego dnia po zauważeniu przeze mnie w „Dzienniku”, że Twitter stanowi doskonałe narzędzie komunikowania się konsultantów politycznych, pojawił się tu @kaminskimichal, w chwilę później @bielan, a jeszcze w kilka dni później @mariuszkamiński. Odtąd nie ma dnia, aby nie pojawiał się tu kolejny parlamentarzysta. 

Nie zdziwię się więc, jeśli następna kampania wyborcza stanie się – obok innych form jej prowadzenia – także ciekawą rozmową między „followersami” (odbiorcami na Twitterze) a politykiem ubiegającym się o wybieralny urząd. Przykładem @pomaska, nowa posłanka Platformy Obywatelskiej (Agnieszka Pomaska weszła do Sejmu w miejsce Jarosława Wałęsy), która zbudowała sobie tutaj całkiem pokaźną grupę odbiorców. Do najbliższych wyborów co kilka godzin będzie mówiła im, co robi, aby nie zawieść zaufania, już dziś konsultuje najważniejsze decyzje, prosi o opinie. Raz zdobytych tu sojuszników nie porzuci, co jest częstą przypadłością zwycięskich polityków po wyborach. To także istotna zmiana . Są oni jej kapitałem zgodnie ze znaną zasadą marketingu mówiącą, że klient raz zdobyty jest w utrzymaniu tańszy niż pozyskiwany od nowa przed kolejnymi wyborami. 

Kilka tygodni temu wracałem samolotem z Paryża. Gdy lądowaliśmy airbusem Air France, nad Warszawą przetaczała się właśnie burza. Tuż nad pasem, już po wyciągnięciu podwozia, pilot nagle zmienił decyzję. Poszybowaliśmy w górę. Po paru minutach wylądowaliśmy, przywitałem gościnną polską ziemię na Twitterze. Po niespełna minucie nadeszło wykonane z ziemi telefonem komórkowym zdjęcie samolotu, którym leciałem i wiadomość od @rob3670: „Twój samolot:) akurat byłem na Puławskiej jak nagle zmieniliscie decyzje”. Wpis zachowałem, ku pamięci. Nadchodzi nowa era? Era Twittera? 

Eryk Mistewicz, 
Konsultant polityczny pracujący w Polsce i we Francji 
www.twitter.com/erykmistewicz