„Napieralski walczył i przeżył, a to jest dla niego najważniejsze” , Fakt

29 września 2011


Eryk Mistewicz, konsultant polityczny, autor książki „Marketing narracyjny”: Wreszcie doczekaliśmy się w tej kampanii debaty z prawdziwego zdarzenia.

Nie było dziennikarzy. Tylko oko w oko Jan Vincent Rostowski i Grzegorz Napieralski. Co pokazało, że być może dziennikarze są politykom zbędni do dobrej, mięsistej rozmowy. Dziennikarskie muchy, fochy, achy, wzruszanie ramion, wysmakowane bon moty i pouczania tylko przeszkadzają. W tej debacie zabrakło dziennikarzy-celebrytów stawiających siebie na równi z politykami, a politycy pojawili się saute, tacy jacy są. Stanęli w zwarciu ze sobą, oko w oko. Pojawiły się więc pierwsze prawdziwe w tej kampanii emocje. I cała prawda o dwóch osobowościach: ministrze finansów, prawej ręce Donalda Tuska i Grzegorzu Napieralskim, szefie opozycyjnej lewicy, który do tej pory nie wykazał się w tej kampanii szczególną walecznością.

Początek należał do ministra. To on poprzestawiał meble na scenie tak, aby ominąć pułapki ustawione przez sztabowców SLD. Często powtarzam, że debaty wygrywa się przed ich rozpoczęciem. Decydują setki szczegółów. Miejsce debaty, tło, ustawienie kamer, kontrola nad mikrofonami. Rostowski nie dał sobie narzucić obrazu sceny. Jednak zbierał punkty tak zapalczywie, że nie zauważył, że jego uderzenia przenosiły emocje widzów na stronę „pobitego” szefa SLD. Pojawiła się nonszalancja, traktowanie „profesorskie”. To był jego błąd.

A widzowie zobaczyli Napieralskiego autentycznie walczącego o życie – i to się mogło spodobać. Rzeczywiście walczy on o życie. Rozliczenia jego sposobu prowadzenia kampanii SLD żąda już dziś „stara gwardia lewicy” i nie może on sobie pozwolić, aby lewicę znów wyprzedził PSL, jak w ostatnich wyborach samorządowych, czy Partia Palikota. Co chwila więc obijany przez ministra Rostowskiego podnosił się, otrzepywał, recytował przygotowane formułki, podpierał się notatkami, i walczył. Walczył jak nigdy dotąd.

Bo też nigdy wcześniej nie widzieliśmy Grzegorza Napieralskiego autentycznie walczącego. Nigdy też wcześniej nie widzieliśmy tak w zapamiętaniu uderzającego Jacka Rostowskiego. Widzom zaserwowano dobry polityczny teatr, który jednak niewiele zmienia na przedwyborczej mapie.
Może poza jednym: polityczna eliminacja SLD na rzecz Palikota jeszcze nie nastąpiła.