„Jak zesnapchaciłem Twitter”
Forbes

26 lutego 2016

Od pewnego czasu eksperymentuję z Twitterem używając go tak, jak inni używają Snapchata czyli publikując krótkie sytuacyjne „błyski”, które odzwierciedlają myśli, uwagi do rzeczywistości, niosą odnośniki do ważnych miejsc w sieci (np. istotnych w tym momencie dla mnie i moich sieciowych przyjaciół tekstów), a następnie po kilku minutach, czasami po dwóch-trzech godzinach, a czasami rano, rozpoczynając kolejny dzień – kasuję

W rezultacie na moim Timeline (w uproszczeniu: w bazie moich wpisów widocznych dla tych użytkowników Twittera, którzy mnie obserwują) są dwa, może trzy, co najwyżej cztery wpisy. Nie więcej. Jaki to ma sens?

Po pierwsze, lepiej kontroluję czas emisji. A więc czas wpisów jest adekwatny do czasu rzeczywistego: komentarz do dymisji odnosi się dokładnie do tej dymisji, która aktualnie jest komunikowana; zachowanieosoby publicznej komentowane w chwili, gdy wszyscy mogą się z nim zapoznać.

Na cóż komu komentarz do wydarzenia sprzed tygodni, miesięcy, a nawet kilku godzin, gdy nikt już o tym wydarzeniu nie pamięta. Może poza trollami odszukującymi wpisy sprzed wielu wielu dni i z pewną dozą mściwości publikujący w sytuacjach trudnych słynny już wpis Donalda Tuska, który przy kolejnym kryzysie napisał: „Sytuacja jest poważna, nie lekceważę jej. Odniosę się do niej we wtorek na konferencji prasowej”. Ileż już razy widziałem ten wpis, podawany dalej i dalej, na Twitterze?

Po drugie, wydarzenia stają się coraz bardziej chwilowe, komentarze w 140 znakach coraz bardziej banalne, a przez to niezrozumiałe już w chwilę po napisaniu. Po cóż zawracać głowę innym treściami, które po minięciu ich „okresu zrozumienia” nie mają najmniejszego już sensu? Po cóż komu treść odarta z ironii kontekstu?

Dziś liczy się tylko to, co tu i teraz. Przekazywane i komentowane, interpretowane i naświetlane z różnych perspektyw. Tu i teraz żyjemy wiadomością, wypowiedzią, wpisem, opinią, zdjęciem, nagraniem, które już wieczorem pójdzie w zapomnienie. Wieczorem zaś rozemocjonujemy się czymś, o czym rano już nie będziemy pamiętać. Polecimy za czymś ciekawszym, ważniejszym, mocniejszym – wydawałoby się, a może po prostu za czymś nowym. Po cóż więc trzymać cyfrowe śmieci?

Po trzecie, oczywiście, to może być nieuczciwe wobec tych, którzy na Twitter nie wchodzą zbyt często przez co ominą moje wpisy. Ale czy naprawdę były one tak ważne? Być może w chwili pozostawienia ich przeze mnie w serwisie tak, ale później – po cóż one komukolwiek. Poza tym – i to chyba najważniejsze – zbiorem informacji o dniu są dziś dla nas coraz częściej inne miejsca w sieci: agregatory informacji, portale horyzontalne (czy to prowadzone przez automaty, czy to przez redaktorów, bez wielkiej zresztą różnicy), własne zestawienia tekstów generowane na bazie systemów RSS, wreszcie całkiem tradycyjne portale klasycznych redakcji papierowej prasy. A jeśli ktoś bardzo chce moje wpisy odnaleźć, jest to też technicznie możliwe (choć wymaga bardziej skomplikowanych zabiegów w sieci).

Czy to zaprzeczenie idei Twittera? Nie sądzę. Raczej ewolucja. A przynajmniej eksperyment. Eksperyment, który udowadnia, że Twitterowy wpis w 140 znakach odzwierciedla nastrój, emocje i informacje z danej chwili. I mniej więcej po półtorej godziny traci rację bytu.

I oczywiście, aby napisać coś głębszego i bardziej uniwersalnego, coś co będzie rezonowało w ludziach i ich budowało, przetrwa dłużej, niż kilka godzin, potrzeba z jednej strony większego niż w twitterowej gonitwie skupienia, ale z drugiej: innego miejsca późniejszej ekspozycji.

Eryk Mistewiczforbes
Tekst ukazał się w Forbes.pl