Mistewicz: „Czy ktoś jeszcze traktuje związkowców poważnie?”, Forbes

forbes10 września 2013 r.

Żaden rząd po 1989 r. nie traktował związkowców poważnie. Ale też nie wygląda, by związkowcy siebie samych traktowali w ten sposób.

Żaden rząd po 1989 r. nie traktował związkowców poważnie. Niezależnie, czy był to „robotniczy rząd AWS” czy „lewicowy gabinet SLD”. Komisje dwu, trój- i czterostronne, zapraszanie na rozmowy, debaty, a jednocześnie zgoda na kolejne związkowe apanaże, gwarancje sporych zarobków dla szefów związków, absorbowanie szczególnie walecznych związkowców w system rad nadzorczych i pracowniczych, dodatkowe honoraria za posiedzenia, premie, dodatki dla działaczy były sprawną socjotechniką. Sprawną – ale daleką od poważnego traktowania.

Ale też nie wygląda, aby związkowcy traktowali siebie samych zbyt poważnie. Wciąż nie potrafią w jasny sposób opowiedzieć o co im chodzi. Nie mają dominującej narracji, jasnego przekazu. Nie wiadomo, o co im chodzi poza pustosłowiem: aby żyć godnie, zarabiać więcej, aby szanować pracę. Przypominają rozkapryszone dzieci wrzeszczące, tupiące, chcące wszystkiego, ale nie komunikujący tego w sposób zrozumiały.

Jedynymi, których działania związkowców dotykają, są mieszkańcy Warszawy brani w roli zakładników (wypada się zgodzić z trafnym spostrzeżeniem Hanny Gronkiewicz-Waltz). I to mieszkańcy przeciętni, nie politycy przecież. Mieszkańcy, których sympatia powinna być przecież ważna dla związkowców. Bez szans. Od dwudziestu już zresztą lat. Rytuał.

Szans nie mają dziś związkowcy w komunikacji w nowych mediach. Na Twitterze, Facebooku, w YouTube de facto nie istnieją. Nie mają własnych silnych serwisów. Nie potrafią wykorzystać, jak ich koledzy choćby we Francji, siły społeczności sieci, przenieść relacje z internetu do realu, gromadzić się tam i wzmacniać. Pamiętam paraliż, jakiego doświadcza Francja z 3 mln ludzi na placach i ulicach w 200 miastach. Nieporównywalne, nijak nieporównywalne z sytuacją w Polsce.

Historię związkowców opowiadają inni: o podpitych wyrostkach i kijach bejsbolowych, racach, łańcuchach, kontenerach wódki w autokarach. O związkowych pałacach. I gigantycznych zarobkach związkowych bossów. Przestrzeń komunikacji nie znosi przecież próżni.

Chyba najpoważniej traktują związkowców służby specjalne i porządkowe. Ot, mają dzięki nim darmowe ćwiczenia, ze zlotem gwiaździstym jednostek z okolicznych województw. Szkolenie w stylu Euro 2012. Wykazanie przez policjantów swoim szefom potrzeby inwestowania w sprzęt, w jednostki, w ludzi. Pokazanie stanu gotowości. Niewiele więcej.

Korzystają ze związkowców telewizje. Wysłanie helikoptera nad Warszawę pokaże, jakimi środkami technicznymi stacje dysponują, jak mogą prowadzić relacje. Niewielkim kosztem telewizje uzyskują możliwość transmisji przez cały dzień idących związkowców z tymi samymi do nich pytaniami, tymi samymi odpowiedziami, z lekką nadzieją, że któryś ze związkowców nie wytrzyma i wejdzie w przepychankę z dziennikarzem. Z nadzieją na emocje, które później będzie można oprotestować, komentować. Ale to też już raczej rytuał.

Rytuał dla polityków, rytuał dla mediów, rytuał dla Warszawiaków. Nie, nikt związkowców już nie traktuje poważnie. Jakby zresztą na ich własne życzenie. Bez opowieści, bez narracji, bez jasnego przekazu o co im chodzi, z elementarnymi błędami w komunikacji ich celów, trudno, aby było inaczej.

Eryk Mistewicz