„Na kogo głosować?”
Forbes

28 października 2014 r.

Na ludzi piszących książki. Dają oni gwarancję używania ładnych słów, zachowania dyscypliny dyskursu, rozmów i debat na poziomie. Aby napisać, muszą dużo przeczytać, wiedzą więc o świecie więcej, niż przeciętny wyborca. We Francji nie zaprasza się ludzi do stacji telewizyjnych, aby zabierali czas innym swoimi przemyśleniami, jeśli w tym sezonie nie opublikowali żadnej książki.  Piszmy książki, jeśli chcemy prowadzić za sobą ludzi – to wezwanie dotyczy nie tylko ekspertów politologów, socjologów, lecz także polityków. Manifesty, programy, diagnozy stanu rzeczy i wizje wyjścia z kryzysu – książki i debaty -  to element obowiązkowy arystokracji rozumu. Doceńmy to jako wyborcy.

Na praktyków gospodarki, biznesu, ludzi z doświadczeniem w zarządzaniu. Nawet jeśli tym doświadczeniem jest kierowanie zespołem kilkunastu ludzi, zawsze lepsze to niż „polityk z zawodu” perfekcyjny w grach partyjnych, składaniu obietnic, zadłużaniu. Partyjniactwo jest dziś najgorszym schorzeniem polskich samorządów.

Na ludzi młodych, ale – to warunek bardzo ważny – bez doświadczeń w młodzieżówkach partyjnych. Hodujące najgorszy typ karierowiczów młodzieżówki przejmują najgorsze cechy z tej polityki, jaką widzą w wykonaniu swoich mentorów. Nie kształcą się w sztuce prowadzenia sporów, erystyka jest im obca. Teczkowi – asystenci szefów regionów, słupy – wspomagający rozliczanie kampanii, mięso armatnie… Są agresywni, chamscy, czekający na swój dzień. Nie bez powodu ich język przypomina grypserę politycznej mafii zmierzającej do przejęcia władzy kiedyś, „gdy dziadki wymrą”. Niezależnie od partii.

Na „ludzi jednego tematu”, pasjonatów. I naprawdę nie jest ważne, czy tym „tematem” jest ochrona zabytkowego parku w centrum miasta, bezpłatne wi-fi na najważniejszych ulicach, rozbudowa arboretum czy budowa pomnika upamiętniającego bohaterów dawno zapomnianej już bitwy. Ważna jest pasja, wiedza, bezkompromisowość. Ważna jest historia, z którą idą do wyborów. Szkoda bowiem głosu na „multiinstrumentalistów” zapowiadających wszystko i nic, dla każdego ale i dla nikogo, w każdej sprawie, a więc w żadnej: „będzie lepiej, tylko mnie wybierzcie”.

Na ludzi z tej ziemi, z tego miasta, nigdy na spadochroniarzy. Wbrew pozorom także w wyborach samorządowych pojawiają się spadochroniarze, zrzutki partyjne, osoby mieszkający w sąsiednich gminach, a bywa i w sąsiednich województwach. Obiecują, że jeśli wygrają, przeprowadzą się, a miasto bardzo dobrze znają, bo studiowali w nim albo często robią zakupy. Bardzo blisko do pogardy, która eksploduje, gdy przegrywają.

Na ludzi, których nie ma na billboardach. Na biedotę polityczną, która chodzi od domu do domu, wije się jak w ukropie organizując dziesiątki, ba, setki spotkań, wystając na deszczu i wręczając kiepsko odbite tanim sumptem ulotki. Nie mają pieniędzy mimo że mogli by mieć, gdyby trochę się postarali. Na przykład doporozumieli się z lokalnym deweloperem, aby w miejsce zaplanowanego centrum sportów rekreacyjnych stworzyć osiedle tanich domów wielorodzinnych, z udziałem miasta. Każdy deweloper zainwestuje przecież chętnie w kampanię przyszłego burmistrza czy prezydenta miasta i większość w radzie miejskiej. Głosowanie na tych, których nie ma na billboardach zwiększa prawdopodobieństwo, że nie tracimy głosu.

Na ludzi, który nie należą do partii. A jeśli już, to ta partia jest ich partią, miastem, ojcowizną, regionem. Warto bowiem oddawać głos na lokalnych patriotów ciężko pracujących, znanych z konkretnych efektów. Na ludzi zasad, nie skoczków między partiami. Po 1989 r., nie licząc stażu w partiach przed tym rokiem, można było wpisać do życiorysu nawet osiem-dziewięć partii. Takie wyniki przedstawiają niektórzy posłowie. Jeśli życiem ich jest polityka, i życie z polityki, niczego innego bowiem nie potrafią, niczego istotnego w życiu nie dokonali, sensem aktywności jest unoszenie się wciąż na fali, a gdy zmieniają się prądy, szybkie znalezienie się w głównym nurcie. Po „zdobyciu miasta” będą raportowali ten fakt szefowi partii. Ale może jednak nie są warci naszego głosu?

Na samotników i na drużynowych. Samotnicy to często „politycy jednego tematu”, ale też genialni samorządowcy zarządzający dużymi organizmami miejskimi. Pracują z uporem maniaków, delegują zadania, ale są przy tym wizjonerami narzucającymi innym swoją wolę. Gdzieś obok jest model inny: drużynowych. Od lat stanowią jeden team, zespół. Większość dużych miast kierowana jest dziś jednak raczej przez samotników, miast średniej wielkości – przez drużynowych.

Na kandydatów z dalszych miejsc wyborczych. To, że nie znaleźli się na „jedynkach” może oznaczać czasami tylko to, że im nie pozwolono a oni nie potrafili sobie tego wywalczyć. Często dopiero wchodzą w politykę. Część z nich będzie przekonana przez pewien czas, że w ten właśnie sposób uzyskają wpływ na życie ich społeczności. Wielką przyjemność znajduję w obserwowaniu „pierwszaków” czy to w roli radnych, posłów czy przedstawicieli Polski w Parlamencie Europejskim, gdy każdy kolejny miesiąc otwiera im oczy i uzmysławia, że ich wpływ na rzeczywistość nie jest taki, jak sobie to wyobrażali. Swoją drogą ci na dole, radni, burmistrzowie, prezydenci miast, mają ten wpływ największy.

To ważne wybory.

Eryk Mistewicz
Tekst opublikowany na Forbes.pl