„Trybynał o wyborach” Idziemy

nr 31 (308) z 31 lipca 2011 r.

Rozmowa z Erykiem Mistewiczem – konsultantem politycznym, autorem strategii marketingu narracyjnego, współautorem „Anatomii władzy”.

- Trybunał Konstytucyjny zakwestionował przepis o dwudniowych wyborach parlamentarnych. Kto na tym zyska, a kto straci?

- Trybunał swoimi rozstrzygnięciami de facto ogłosił start kampanii wyborczej. Dowiedzieliśmy się, według jakich zasad będzie prowadzona, a więc jakie siły powinny być użyte, jakie strategie. Jeszcze czekamy oczywiście na decyzję Prezydenta, choć z zapowiedzi wynika, że wybory odbędą się 9 października.

Dwudniowe wybory byłyby ukłonem w stronę Platformy Obywatelskiej, zwiększałyby szanse PO. Dwudniowe wybory z informacją o tym, jaka jest frekwencja po pierwszym dniu, z obrazkami w TV głosujących starszych pań uosabiających tradycyjnych wyborców radiomaryjnych, działałyby mobilizująco na elektorat PO, to oczywiste.

- Dla PiS dwudniowe wybory nie byłyby równie korzystne?

- Nie. Twardy elektorat PiS jest w ciągłej gotowości, lecz niewielka jest siła oddziaływania Jarosława Kaczyńskiego na niezdecydowanych. Obserwuję, jak wciąż trudno jest tej partii wciągnąć w orbitę działań ludzi, którzy nie interesują się polityką. PiS wydaje się być zbyt trudną partią, mówiącą wciąż o zbyt trudnych sprawach, a przynajmniej zbyt trudnym językiem.

Kampanie wygrywa się dziś komunikacją z osobami niezainteresowanymi polityką, wygrywa się generowaniem wysokiej frekwencji wyborczej. Kampania to emocje. Wybory jednodniowe oznaczają, że Platforma chcąc pobudzić elektorat niezdecydowany, niezainteresowany wyborami, musi sięgnąć do silniejszych emocji.

- A jaki wpływ na przebieg kampanii wyborczej może mieć zakwestionowanie przez Trybunał Konstytucyjny zakazu wykupywania billboardów i spotów?

-  Jestem przeciwnikiem amerykanizacji kampanii politycznej, gdzie pieniądz, reklama, spoty i billboardy odgrywają tak wielką rolę. W kampanii Obama – McCain wydano na nie ponad miliard dolarów. Jestem zadeklarowanym zwolennikiem modelu francuskiego, bliższego europejskiej tradycji uprawiania polityki, w której się rozmawia, dyskutuje, spotyka z wyborcami, gdzie technika i reklama nie odgrywa tak wielkiej roli. We Francji ustawa z 15 stycznia 1990 r. wprowadziła całkowity zakaz reklamy na billboardach i płatnych spotów w telewizji i radio, a jednocześnie frekwencja w wyborach przekracza 80 proc. Rekord świata demokracji! Politycy spotkają się z wyborcami, działają think thanki, rozdyskutowane są braserie, kafejki, ulice. I wszystko to bez reklam!

Polska tymczasem idzie w odwrotną stronę. Wiadomo, że wydatki jednej partii będą napędzały wydatki konkurencji. Największymi beneficjentami reklamowego wyścigu zbrojeń będą agencje reklamowe. Zresztą, będą to pieniądze publiczne, z naszych podatków, których partie nie muszą aż tak bardzo liczyć. Z kampanii na kampanię będą to coraz większe sumy. Wejdziemy w groźną spiralę amerykanizacji polityki.

Nie jest tak, że polityk bez reklamy nie ma szans przekonać do siebie, swojej partii, jej celów. To jest zła decyzja Trybunału Konstytucyjnego, mam jednak nadzieję, że z czasem polska klasa polityczna uzna, że reklamowy wyścig zbrojeń to droga donikąd, że zostanie wprowadzony zakaz reklamy w polityce, na wzór rozwiązań francuskich.

- Partia rządząca wprowadziła w pośpiesznym tempie jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) do Senatu. Czy PiS ma podstawy do zarzucania PO „ukrytych motywów politycznych”?

- JOW to jeden z przykurzonych sztandarów Platformy, z tej samej półki co np. podatek liniowy. Decyzja Trybunału Konstytucyjnego utrzymującego w mocy jednomandatowe okręgi wyborcze do Senatu zrobiła jednak „starym partiom”, tak PO jak i PiS, psikusa. Myślę oczywiście o zorganizowaniu się samorządowców pod kierunkiem Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, Zygmunta Frankiewicza, prezydenta Gliwic i Jacka Majchrowskiego, prezydenta Krakowa. W ręce trzech muszkieterów wpadł złoty róg, wystawią więc, jak deklarują, listę do Senatu.

- Lista „Obywatele do Senatu” ma szansę?

- Dzięki decyzji Trybunału Konstytucyjnego na razie w ich ręce wpadł złoty róg. Reszta zależy od tego, czy będą w stanie opowiedzieć wyborcom swoją ciekawą historię. Można też założyć, że w wyborach do Sejmu część wyborców odda głos na partię pierwszego wyboru, swoją partię, zaś w wyborach do Senatu postanowi wesprzeć nową siłę, a przy okazji także dać delikatnie znak swojej partii, że nie wszystko w niej im się podoba. Sympatia wyborców wobec polityków na pstrym koniu jeździ, warto o tym pamiętać.

Rozmawiała Irena Świerdzewska