„Nadchodzi Lepper w wersji 2.0″, Onet.pl

16 marca 2009 r.

Z Erykiem Mistewiczem rozmawia Wojciech Harpula

Młodzi profesjonaliści uwierzyli, że im w życiu może być tylko lepiej. Kryzys powoduje, że ich świat nagle zaczyna się walić. W cyberprzestrzeni już tli się bunt przeciwko polskiej klasie politycznej. Gdy wybuchnie, czeka nas demolka. 

Twierdzi pan, że kryzys będzie dla polskiej polityki nieuchronnym katalizatorem i w jego wyniku na scenę wejdzie siła trzymająca się do tej pory z dala od polityki: wielkomiejski, młody, świetnie wykształcony elektorat. Polityczna samoorganizacja pokolenia profesjonalistów ma, według pana, dokonać się dzięki internetowi. Czy to znaczy, że nowy Andrzej Lepper, czyli człowiek uosabiający bunt przeciwko klasie politycznej, narodzi się w sieci? 

Andrzej Lepper zdradził ludzi. Zdradził, gdy przesiadł się do BMW i zasmakował w luksusach, kobietach, drogich garniturach. To nie on wywoła rewolucję. Radykalnej zmiany w polskiej polityce mogą dziś najszybciej dokonać ci, których kryzys dotknie najbardziej: młodzi ludzie, których świat nagle zaczyna się walić. To przede wszystkim inwestujący w swój rozwój profesjonaliści zajmujący niższe i średnie szczeble w korporacyjnej hierarchii. Kryzys – relatywnie – dotknie ich najsilniej. Nie mają dokąd uciec, bo kryzys dotyka wszystkie kontynenty. Internet jest ich naturalnym środowiskiem i z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że to tam wybuchnie bunt przeciwko klasie politycznej jako takiej. Ten bunt nie będzie miał jednego lidera, bo siłą modelu samoorganizującej się społeczności jest struktura sieciowa. Każdy jest prezesem i każdy jest wykonawcą. Każdy jest ideologiem i każdy aktywistą. Więc jeśli ten bunt będzie miał swojego Leppera, to nie zdziwię się, jeśli będzie to Lepper w wersji 2.0. Zmultiplikowany, trudno namierzalny, trudny do okiełznania, „ucywilizowania” przez establishment. Trudny do opanowania, bo może odrodzić się w każdym miejscu. 

Dopiero zaczęliśmy rozmowę, a już zaczęliśmy kreślić scenariusz książki science-fiction. Wróćmy na ziemię i do Polski. Przecież nic nie wskazuje na to, że jakikolwiek bunt ma wybuchnąć. 

Prawdziwy kryzys dopiero do nas dociera. Na razie trochę oszczędzamy, dłużej zastanawiamy się nad niektórymi zakupami, choćby zmianą komórki na nowszy model. Pracy nie tracą jeszcze masowo ci, którzy uwierzyli, że im w życiu może być już tylko lepiej. Wzięli kredyty, planowali lepszą przyszłość. Mają największe aspiracje i dlatego zetknięcie z rzeczywistością kryzysu będzie dla nich najbardziej bolesne. Nauczyciel zarabiający 2 tys. zł, który w wyniku kryzysu nie będzie mógł dawać tylu korepetycji co do tej pory, straci kilkaset złotych. A jeżeli młody profesjonalista zarabia kilka czy kilkanaście tysięcy, ale połowę jego pensji pochłaniają kredyty, to ograniczenie pensji lub utrata pracy postawi go w sytuacji, z którą sobie nie poradzi. Prowadzone w całej Europie badania FreeThinking pokazują, że w kryzysie pomaga się bankom, stara się pomagać najbiedniejszym, ale zapomina się o klasie średniej. I to zapomina niebezpiecznie. W Polsce dzięki tej właśnie grupie Platforma Obywatelska wygrała w 2007 r. wybory. Miała prawo wierzyć, że będzie hołubiona. 

Na światowy kryzys gospodarczy Platforma nie ma wielkiego wpływu. 

Ludzie, o których mówimy, w 2007 r. głosowali za PO, ale był to głos przede wszystkim przeciwko PiS. To była głównie kwestia „obciachowości” PiS-u. I teraz mówią politykom: poprosiliście nas, żebyśmy poszli w niedzielę na wybory i pomogli wam wygrać. Zawarliśmy wtedy kontrakt, powierzając wam zarządzanie krajem. My zrobiliśmy swoje. A teraz to wy macie się wywiązać z umowy. Nie podoba nam się, że płacimy kilkaset złotych więcej kredytu hipotecznego. Zróbcie coś z tym. Nie obchodzi nas jak. W końcu to wy jesteście od zarządzania tą sytuacją, za coś tam w tym Sejmie, w rządzie, w Kancelarii Prezydenta bierzecie pieniądze. Nasze pieniądze. Wielkomiejscy specjaliści po prostu przychodzą do klasy politycznej z reklamacją. 

W tej chwili robi pan z korporacyjnych specjalistów ludzi kompletnie nie rozumiejących mechanizmów władzy. 

Bo zdecydowanej większości młodych, wykształconych osób polityka kompletnie nie interesuje. To dla nich groteskowy świat, którego nawet nie chcą zrozumieć. Kolejne kłótnie o kompletnie nieistotne sprawy traktują najwyżej jako rozrywkę. Ot, jakiś śmieszny facet rzuci mocnym słowem albo świńskim ryjem i jest „zajefajnie”. Albo raczej było. Bo teraz, w trudnych dla nich czasach, od decyzji tych śmiesznych facetów zależy ich byt. Od polityków oczekują profesjonalizmu, a widzą serię nieudolnych działań. Ot , choćby państwo polskie „zapomina” przyjąć dyrektywę unijną w sprawie opcji. Ot, choćby Kazimierz Marcinkiewicz, były premier chwali się pracą dla instytucji finansowej, banku Goldman Sachs, który zachwiał złotówką, i nic absolutnie nic go za to nie spotyka. Dociera więc do nich, że państwo i jego instytucje są słabe i nieudolne, nie zabezpieczają podstawowych interesów obywateli. W polskich politykach widzą zagrożenie dla swojego osobistego rozwoju i pomyślności. Oczekują dobrej jakości w zarządzaniu sferą publiczną i nie otrzymują jej. Co ważne: często są świetnie wyszkoleni w technikach manipulacji, znają metody zarządzania kryzysem. Im nikt nie wciśnie kitu. Nadejść więc może czas, że – jeśli nie nastąpi zmiana w sposobie uprawiania polityki – podziękują całej klasie politycznej. 

Pan wieszczy rewolucję w kraju, który jako jeden z nielicznych w Europie odnotuje w tym roku wzrost gospodarczy. 

I oby ten wzrost był jak największy. Znaczące spowolnienie jest jednak nieuniknione. Zwracam tylko uwagę, że uderzy ono najmocniej w tych, którzy potrafią dziś skutecznie artykułować swoje interesy. Ktoś zauważył ostatnio, że rewolucja francuska nabrała takiej mocy i dynamiki właśnie dzięki specjalistom: adwokatom, urzędnikom, rzemieślnikom, ludziom wolnych zawodów. Klasie średniej właśnie. 

Pan zdecydowanie przecenia rewolucyjny potencjał wielkomiejskich profesjonalistów. Oni nigdy nie byli w stanie zorganizować nawet banalnego strajku płacowego w korporacji. W Niemczech czy Francji to się zdarzało. 

W pewnym momencie kończy się akceptacja dla zastanego porządku. A pamiętajmy, że Polska w ostatnich latach doświadczyła rewolucji komunikacyjnej. Dzięki uporowi, odwadze, pracowitości szefowej Urzędu Komunikacji Elektronicznej wyszliśmy z internetowej jaskini. Koniec z monopolistą dyktującym najdroższe ceny Internetu w Europie, blokowania konkurencji, blokowania nowoczesnych sieci taniego, mobilnego dostępu. Komisja Europejska dodała swoje, wzmacniając te decyzje. Internet niepostrzeżenie wszedł do naszych komórek, do stylu życia. Twittery, Gadu-Gadu, MMS, blogi, społeczności internetowe… Ludzie wyszli ze swoich pieczar, używają komunikatorów, gromadzą się w sieci wokół ważnych dla siebie spraw. Internet umożliwia błyskawiczną wymianę informacji. Dzięki temu historia może nagle przyspieszyć, potoczyć się w sposób, którego dziś nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić. 

Podjęcie próby radykalnej zmiany istniejącego porządku politycznego wymaga posługiwania się kategoriami ogólnymi, formułowania wspólnych celów, organizowania się. Skupieni na własnej karierze indywidualiści są do tego zdolni? 

Proszę zobaczyć, jak pączkują struktury społecznościowe w Internecie, skupiające najbardziej aktywnych ludzi. W cyberprzestrzeni, na profesjonalnych forach, specjaliści tworzą niesamowitą bazę doświadczeń i informacji, która z czasem może zacząć artykułować wyraziste postulaty. Nie zdziwię się więc, że już teraz sieć staje się obszarem uważnie monitorowanym przez instytucje państwa. Gdy zajdzie taka potrzeba, będzie to zapewne także monitoring czynny, polegający na wpływaniu na dyskusję i gaszenia w zarodku potencjalnie groźnych inicjatyw, sprowadzania ich na manowce. Ale tylko na chwilę. Państwo, nawet tak potężne jak Chiny, nie jest w stanie w pełni zapanować nad siecią. Reporterzy bez Granic i Amnesty International w swoich raportach poświęcają temu tematowi coraz więcej miejsca. W Egipcie zatrzymywania i przesłuchiwania Internautów są dziś na porządku dziennym, i niewiele wnoszą, jak pokazał świetny artykuł kilka dni temu w „Le Monde”. Wideo z pałowanym bloggerem Imadem El-Kebirem na komisariacie tylko zwiększyło poziom napięcia, skomentowane: „Jesteśmy ruchem frustracji, bez szefa i bez struktury, stąd nasza siła”. 

Internet jest świetnym kanałem komunikacji, ale komunikujący się ludzie nie tworzą jeszcze wspólnoty. Nic ich nie łączy. 

Łączy ich otwartość na świat i duży poziom świadomości. Niezależnie czy mówimy o Salonie24, portalu Krytyki Politycznej, Niepoprawnych.pl, ale i portali profesjonalnych, tam gdzie jeszcze niedawno wchodzili tylko po to, aby zostawić dla headhunterów swoje dopieszczone CV jak GoldenLine, czy portali społecznościowych LinkedIn, Profeo, Xing, Viadeo… Bunt internetowy będzie miał o wiele wyższy wymiar jakościowy niż protesty innych grup. Bunt „Samoobrony” kończył się na wylaniu gnojówki przed Kancelarią Premiera, a potem wylaniu perfum na siebie i wejściu w zwalczany poprzednio świat establishmentu. Bunt internetowy kończy się demolką, ale to środowisko, w odróżnieniu od „Samoobrony”, jest w stanie po tej demolce zaproponować nowy porządek. 

Demolką? 

Popatrzmy na Islandię czy Łotwę. Ostatnio analizowaliśmy to w grupie konsultantów politycznych z kilku krajów. Schemat wydarzeń był ten sam: najpierw omijająca elity komunikacja w cyberprzestrzeni, artykulacja postulatów i przejście do realu – wylanie się protestu na ulicę i zmiana. Hasło „zmiana” nie należy już, jak jeszcze kilka miesięcy temu, wyłącznie do mainstreamu, do polityków. Jeśli politycy prześpią ten moment, gdy tracą prawo do posługiwania się słowem „zmiana”, tracą panowanie nad sytuacją. 

W tych państwach doszło do załamania gospodarek. W Polsce nie ma takiego ryzyka. 

W pewnym momencie poziom wrzenia i frustracji jest tak duży, że społeczność internetowa przestaje zadowalać się samym tylko dyskutowaniem. Osiąga taki stopień samoorganizacji, że zdolna jest do oddziaływania na świat realny. To obserwujemy już teraz. Ludzie, którzy czują się oszukani przez banki, organizują akcję protestu, przebijają się ze swoim komunikatem do mediów. I zobaczmy: są w stanie wywalczyć swoje. Dynamicznie rozwija się akcja internautów, którzy stworzyli silną grupę o dużym potencjale nabywczym franka szwajcarskiego i z tej pozycji negocjują z bankami. Efekt? Niższa rata kredytu. W necie zaczynają organizować się rodzice, którzy nie chcą posyłać swoje sześciolatki do szkół… 

Zgoda, ale w przykładach cele są jasne i konkretne. Natomiast ciągle nie mogę wyobrazić sobie, w jaki sposób amorficzna grupa internautów kreuje nowych liderów i zmiata ze sceny politycznej dotychczasowe partie. 

Pan stara się dopasować pojęcia z klasycznego świata polityki do opisu zupełnie nowej rzeczywistości, która rodzi się na naszych oczach. To błąd w percepcji. Pan oczekuje, że ludzie wymieniający informacje i poglądy na tysiącach forów połączą się, powołają jakąś „partię Internetu”, wybiorą prezesa, skarbnika i szefów regionów. To nie będą kolejni „Młodzi Demokraci” aplikujący o miejsce w kolejce do władzy. Nie. To nie ta droga. Spokojnie mogę natomiast wyobrazić sobie, że na forach pojawia się lista z numerami telefonów komórkowych do wszystkich posłów, wszystkich partii, i programik, który co godzinę będzie dzwonił do nich i mówił: Was czas się skończył. 

Są tysiące metod dywersyjnego oddziaływania na świat polityki. Mogą zarzucać urzędy wezwaniami, petycjami, żądaniami, wskazywać absurdalność działania instytucji państwa, blokować ich działania. O wiele ważniejszy jest etap budowania bazy społecznej protestu, który dzięki Internetowi postępuje bardzo szybko i w pewnym momencie może nabrać wręcz niesamowitej dynamiki. Potem wystarczy iskra. Chyba, że polscy politycy pójdą za tym, co usłyszałem ostatnio od Erica Giuily, szefa Publicis Consultants: w kryzysie ludzie czekają na działanie, potwierdzanie słów, realne zaangażowanie i politycy, którzy tego w porę nie zrozumieją, przegrają. 

Pana zdaniem polscy politycy dostrzegają rewolucyjny potencjał internetu? 

Większość – nie. Dla zdecydowanej większości polskich polityków Internet to tylko ruchoma tablica ogłoszeniowa, gdzie umieszcza się ogłoszenia, wypowiedzi i partyjne okólniki. Interaktywność praktycznie nie istnieje. Ledwie niektórzy rozumieją, że w sieci trzeba być aktywnym, uczą się, jak wykorzystać najskuteczniej specyfikę Internetu, jak korzystając z technik marketingu narracyjnego zainteresować swoim przekazem. Ale do innych wciąż nie dociera, że w sieci pani Henia może przekonać do swoich poglądów kilkaset osób, a jak jest dobra, to może stać się autorytetem nawet dla kilkuset tysięcy internautów. Potwierdzają to przykłady blogerki Kataryny czy blogera Azraela. O ich pozycji i szacunku innych może dziś pomarzyć niejeden polityk. 

Eryk Mistewicz – konsultant polityczny, autor strategii marketingu narracyjnego. Zarządzanie kryzysowe i marketing polityczny studiował w Ecole Superieure des Sciences Commerciales d’Angers (Francja). Pracował w agendach rządu francuskiego. Uczestniczył w kampaniach prawicy francuskiej. W 2001 r. został doradcą Marszałka Sejmu RP, później Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PO. Strateg kampanii prof. Zbigniewa Religi w wyborach prezydenckich 2005 r. Pracuje z politykami i osobami publicznymi w Polsce i Francji.