„Kampania jeszcze się nie zaczęła”, Polska The Times

29 sierpnia 2011

Rozmowa z Erykiem Mistewiczem

 - W PJN nie widać woli walki. Nie byłbym zdziwiony, gdyby pod koniec września komitet PJN się rozwiązał, nie odbierając PiS dwóch procent głosów i wzywając do głosowania na partię Kaczyńskiego – mówi ekspert marketingu politycznego Eryk Mistewicz w rozmowie z Anną Ziobro.

Politolodzy zarzucili debacie PO – PSL to, że była tylko poklepywaniem się po plecach. Czy można było liczyć na walkę koalicjantów? 
Prawdziwa debata, którą nazywam mszą demokracji, dopiero nas czeka. W tygodniu przed ostatecznym aktem wyborczym w wyniku debaty zmienia decyzję nawet 20 procent wyborców. Wiele osób m.in. dopiero wówczas, oglądając walkę na słowa liderów partii, decyduje się w ogóle pójść do wyborów. 

Jak można wygrać debatę? 
Często powtarzam, że wygrywa się ją jeszcze przed rozpoczęciem. W grę wchodzi tysiące szczegółów – od sposobu kadrowania kandydatów zebranych w studiu po temperaturę w dosłownym sensie. Debaty to profesjonalnie wyreżyserowane spektakle. Wygrywa ten, kto popełni, także podczas przygotowań, mniej błędów. 

Pana zdaniem wcześniej niż trzy dni przed wyborami nie ma sensu przeprowadzać debaty? 
Tak. W różnych krajach, w których uczestniczyłem w kampaniach wyborczych, debaty odbywały się średnio na tydzień przed wyborami. Przygotowania natomiast trwały całymi tygodniami. 

Skąd zatem wezwanie do debaty już teraz? 
Donald Tusk musi obudzić śpiący elektorat PO. Partia ta obecnie ma najbardziej zdemobilizowanych wyborców. Jej elektorat z 2007 r. nie ma dziś najmniejszego powodu, żeby w ogóle głosować. Ci, którzy wynieśli Donalda Tuska do władzy, teraz nie czują się w najmniejszym nawet stopniu zagrożeni „nocą terroru” ze strony PiS. A ponieważ najlepiej w mobilizowaniu elektoratu Platformy sprawdza się aktywność podczas kampanii Jarosława Kaczyńskiego, stąd wziął się pomysł debat. 

Jednak PiS odmawia wzięcia udziału w publicznej batalii. 
Dzieje się tak, ponieważ stratedzy PiS wiedzą, że debata dodała głosów ludzi niezdecydowanych Platformie. Pewnie wiedzą także, że ich lider nie jest w stanie łatwo wygrać telewizyjnej debaty z Tuskiem. Twardzi wyborcy PiS, którzy przy demobilizacji PO mogą wystarczyć Kaczyńskiemu, nie oczekują od lidera PiS debat. Oni przecież wiedzą, na kogo zagłosują. 

Dlatego Jarosław Kaczyński nie podejmuje rękawicy? 
Mistewicz: Lider SLD powinien wręcz gryźć ziemię w zabieganiu o możliwość dojścia do głosu w politycznej debacieRzuca swoją. Wezwanie przez PiS do debaty Katarzyny Hall, szefowej resortu edukacji, groziło wizerunkową katastrofą Platformy. To jest najsłabszy minister tego rządu. Pierwsze przegrane starcie PO zwróciłoby uwagę opinii publicznej. Platforma powinna się cieszyć, że premier Tusk nie dopuścił do tej debaty. 

Waldemar Pawlak ogłosił, że PiS pogodził się z przegraną. Nie za wcześnie? 
To reakcja na wypowiedź Adama Hofmana z PiS, że „chłopi wyjechali ze wsi i zdziczeli, zbaranieli”. Swoją drogą, w każdym demokratycznym kraju po takich słowach nastąpiłaby zmiana rzecznika kampanii. Wiązałoby się to z zejściem rzecznika PiS ze sceny publicznej. Nie dzieli się przecież dzisiaj ludzi ze względu na ich pochodzenie.

PiS liczy jednak na odebranie głosów ludowcom. 
Dlatego atakuje. O partię Pawlaka jednak się nie obawiam. To 120 lat budowania najmocniejszych dziś struktur w terenie, ale też niezła strategia wyrażona w haśle PSL „Porozumienie Służy Ludziom”. To ciekawa oferta dla mieszkańców mniejszych miast chcących rozwoju i modernizacji, porozumienia, współpracy, a nie tylko partyjnych walk. Po słowach Adama Hofmana nie wyobrażam sobie, by mieszkańcy małych miasteczek i wsi poparli PiS. Szczególnie że zamiast krótkiego „przepraszam”, PiS brnie dalej w ślepą uliczkę. 

Jarosław Kaczyński próbuje ratować sytuację, wysyłając do przewodniczącego Komisji Europejskiej dokument o przyznanie większego wsparcia finansowego dla rolników. 
Wystarczyłoby zwyczajnie przeprosić. To zamknęłoby temat. Sześć lat temu PiS budował linię swojej kampanii podziałem na Polskę liberalną oraz solidarną. I tym wtedy wygrał. Teraz, rysując podział na miastowych i wieśniaków, bo tak to zostało zrozumiane, robi błąd. A pamiętajmy, że dzisiaj ludność w miastach pochodzi głównie ze wsi i małych miasteczek. Dodatkowo te miasteczka i wsie, zarówno dzięki partii Pawlaka, jak i funduszom unijnym się zmieniają. 

Jak Pan ocenia rozpoczętą kampanię? 
Ta kampania wciąż nie wystartowała. To raczej nadal przedbiegi z kardynalnymi błędami po wszystkich stronach: sesja dla tabloidów minister rządu z PO z opuszczonymi spodniami, wypowiedź rzecznika PiS o baranach ze wsi, lider SLD serwujący dziennikarzom łososia w ekskluzywnej kolejowej salonce. Gdyby tak miała wyglądać kampania, oznaczałoby to wielki intelektualny regres. 

Wpadki wielkich stwarzają szanse dla mniejszych partii? 
Im wyższa będzie temperatura kampanii, tym silniejszy stanie się podział na PiS i PO. Tym samym mniej będzie miejsca dla mniejszych partii. Choć ciekawie walkę swą prowadzą dziś Janusz Palikot i Marek Jurek. Pierwszy postawił wyłącznie na marketing, drugi natomiast wyłącznie na powagę i ideowość. W PJN z kolei nie widać woli walki. Nie byłbym zdziwiony, gdyby pod koniec września komitet PJN się rozwiązał, nie odbierając PiS dwóch procent głosów i wzywając do głosowania na partię Kaczyńskiego. 

Czy Grzegorz Napieralski powinien przestać unikać debat? 
Tak. Jego nieobecność na spotkaniu liderów rządzącej koalicji była zaskoczeniem. Musi on pokazać także swojej partii, że jest jej liderem i że walczy. Jego głównym celem jest wejście do powyborczego rządu z PO. A to oznacza, że powinien dziś wręcz gryźć ziemię w zabieganiu o możliwość dojścia do głosu. 

Rozmawiała Anna Ziobro