„Mistewicz: Francuzi nie chcą rewolucji. Chcą lidera, który ochroni ich w czasie kryzysu”, Polska Times

23 kwietnia 2012 r.

- Francuzi są wprawdzie rozżaleni rozrzutnym stylem prezydentury Sarkozy’ego, ale nie chcą wielkich zmian – mówił w dniu wyborów prezydenckich we Francji Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego.

Czy Francuzi chcą zmian? 
Nie postawiłbym takiej tezy. Francuzi czują niepokój wobec tego co się dzieje w Europie i w gospodarce. W czasie tego tornado gospodarczego przechodzącego nad Europą chcieliby lidera, który zapewni im spokój oraz bezpieczeństwo ich domów i portfeli. Absolutnie nie chcą zmian ryzykownych. To nie jest 1968 rok. Są wprawdzie rozżaleni rozrzutnym stylem prezydentury Nicolasa Sarkozy’ego, nazywanym bling-bling, charakterystycznym dla Paryża i elit, natomiast nie chcą rewolucji. Rewolucji nie będzie. 

Skąd więc wynika większe poparcie dla Hollande’a? 
Francuzi w pierwszej turze głosują sercem, a w drugiej rozumem.

W pierwszej turze głosują na tych kandydatów, którzy im najbardziej odpowiadają. Dlatego te głosy są tak rozbite. Z jednej strony oprócz Holande poparciem cieszy się Jean-Luc Melenchon i reprezentanci partii antykapitalistycznych, komunistycznych. Po prawej stronie oprócz Sarkozy’ego mamy np. Francoisa Bayrou, spokojnego centrowego polityka w stylu Tadeusza Mazowieckiego. Wielu Francuzów głosuje na niego z serca. Nie do końca podoba im się to jak sprawuje władzę Sarkozy, ale gdy w drugiej turze pozostanie wybór między Hollande’em a Sarkozym, to oni zagłosują rozumem i poprą Sarkozy’ego. Chcą, żeby nikt nie zaatakował ich dorobku, by nie było dodatkowych podatków, które uszczuplą ich własności. Dopiero dzisiaj, gdy poznamy wstępne wyniki, rozpocznie się walka i mocna komunikacja kandydatów na rzecz wyborców niezdecydowanych. Jest ich dużo. Szacuje się, że 6-8 mln Francuzów, którzy w niedzielę głosowali, w piątek nie wiedziało jeszcze na kogo zagłosuje. 

Zatem wyniki pierwszej tury jeszcze niczego nie przesądzają? 
To co wczoraj się wydarzyło pokazuje tylko rozkład sił – czy Francja przesuwa się lekko w prawo, czy w lewo. Ważne będzie kto jest trzeci za głównymi kandydatami. Czy będzie to Marine Le Pen, kandydatka skrajnej prawicy? Jeśli tak, to znaczy, że Sarkozy jeszcze sporo głosów na prawicy, poza głosami Bayrou, które w drugiej turze przejdą do Sarkozy’ego. A jeśli trzeci będzie Melanchon, oznaczać to będzie, że społeczeństwo skręca na lewo. Wówczas na więcej głosów w drugiej turze będzie mógł liczyć Hollande. 

Czy wysoka frekwencja ma wpływ na wynik? 
Społeczeństwo francuskie mniej więcej w 46 proc. jest zwolennikami lewicy. Te wybory, to jest kwestia mobilizacji. Wiele zależy od tego, kto pójdzie do urn. Czy więcej takich, którzy chcą zaprotestować przeciw obecnej sytuacji, czy takich, którzy chcą obronić to, co już mają. Ktoś mi tu we Francji przypomniał hasło Reagana z jego kampanii: “Oni wam zabiorą wasze pieniądze”. Jeśli na takim zdaniu, byłaby oparta komunikacja Sarkozy’ego, to może być komunikacja bardzo mobilizująca dla elektoratu centrowego. Z drugiej strony badania pokazują, że 80 proc. osób młodych z trudnych, zbuntowanych przedmieść idzie głosować, a nie wyobrażam sobie by głosowali na Sarkozy’ego, który chce w pień wypalić negatywne zjawiska z tych dzielnic. 

Co by się stało, gdyby wygrał Hollande. 
Trudno powiedzieć. Jedni mówią, że to by było katastrofa dla Europy, przejedzenie tego, co Europejczycy wypracowali. Inni, że lepsze rozłożenie zysków, bo wszyscy mamy równe żołądki.

 
Jak kandydaci we francuskich wyborach przekonują, by na nich głosować? 
Jest jedna ciekawa rzecz w porównaniu do polskich wyborów. Tu, we Francji, wybory są uczciwsze, gdyż każdy z tych dziesięciu kandydatów ma równe prawa jeśli chodzi o komunikację z wyborcami. Zakazane są płatne reklamy wyborcze, zarówno w telewizji i radiu, jak i na bilbordach. Nie ma bilbordów, są tylko małe tablice przy merostwach. Na tych tablicach każdy kandydat ma taką samą powierzchnię reklamy. Nie ma akcji ulotkowej w naszym rozumieniu. Jest pakiet 10 ulotek raz wysyłany przez władze do każdego podatnika. Nie można dokupić czasu reklamowego w TV czy radiu. Dla każdego kandydata jest przypisany równy darmowy czas antenowy.
 
Te zakazy płatnych reklam wyborczych stymulują kreatywność w trakcie kampanii i lepsze wykorzystanie pieniędzy, np. na mityngi z wyborcami. Przez to te wybory są mądrzejsze. Z tego również bierze się wyższa frekwencja niż w Polsce. Poza tym wybory tu są tańsze. Polska też musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy idzie w stronę modelu francuskiego, gdzie wybory obecne kosztować mają 212 mln euro, czy w stronę modelu amerykańskiego. Tam wybory kosztują dziesięć razy więcej niż więcej we Francji. Jestem zdecydowanym zwolennikiem zakazu płatnych reklam. 

Podczas niedawnej wizyty w Polsce Francois Hollande nie został przyjęty przez premiera, a jedynie przez prezydenta. Czy w razie jego wygranej będzie to mieć wpływ na relacje polsko-francuskie? 
Relacje polsko francuskie nie ucierpią, bo są budowane od wielu lat i opierają się na solidnych podstawach. Zresztą Hollande został przyjęty przez polskiego prezydenta. Nie widzę powodu, żebyśmy mieli w jakikolwiek sposób ucierpieć. I tak w dzisiejszym świecie wszystko zależy od gospodarki. Ważniejsze dla naszych dwustronnych relacji wydają się być decyzje dotyczące polskiego TGV czy ewentualnego kontraktu na budowę polskiej elektrowni atomowej.