„W polityce brak miejsca dla klaunów”, Polska

Z Erykiem Mistewiczem rozmawia Witold Głowacki

8-10 października 2010 r.

- Jeśli Berlusconi czy Sarkozy sięgają po ostre formy ekspresji, chcą zainteresować ludzi swoim przekazem, to dlatego, że mają coś ważnego do powiedzenia. Palikot mówi zaś tylko tyle, że wszedł na scenę i czeka na oklaski – mówi konsultant polityczny Eryk Mistewicz w rozmowie z Witoldem Głowackim.
Biznesmen-polityk mający kłopoty z byłą żoną, niestroniący od populistycznych chwytów, antyklerykalny, obrazoburczy i chętnie sięgający po żart w polityce. A przy tym będący obiektem zainteresowania skarbówki i paru innych służb. Bardzo ostro polaryzujący scenę i opinię. A jednak medialnie bardzo mocny. Ten opis pasowałby i do premiera Włoch Silvia Berlusconiego, i do Janusza Palikota. Co jeszcze ich łączy?

Żyjemy w społeczeństwie spektaklu. Silvio Berlusconi i Nicolas Sarkozy, a ostatnio także np. Władimir Putin świadomie wykorzystują nowe techniki komunikacji politycznej. Janusz Palikot – raczej tylko nieudanie kopiuje. Nieudanie, bo skupia na sobie uwagę publiki i dzieli ludzi sprawiając, że duża jej część czuje niesmak a druga mu klaszcze. Tylko że… niczemu to nie służy. Nie ma w tle politycznego realu, wyjątkowych i niespotykanych celów dla których warto tak zarządzać emocjami społecznymi, zyskiwać uwagę widzów. Na wejściu do Sali Kongresowej była „Odyseja kosmiczna”, a potem po serii banałów już tylko takie ciche „pfff”. Palikot dał słaby spektakl – z odgrzewanymi pomysłami na „lepszą politykę” i bezpłatny Internet.

Czyżby podstawowa różnica między Palikotem a Berlusconim dotyczyła skuteczności? Czy raczej treści przekazu?

Jeśli Berlusconi czy Sarkozy sięgają po ostre formy ekspresji, chcą zainteresować ludzi swoim przekazem, to dlatego, że mają coś ważnego do powiedzenia. Palikot mówi zaś tylko tyle, że wszedł na scenę i czeka na oklaski.

Model polityka – błazna a zarazem władcy był do niedawna obecny jedynie w tekstach kultury i filtrowanej przez popkulturę historii starożytnego Rzymu. A i to rzadko – na ogół te role były wyraźnie rozgraniczone. Teraz zdaje się wkraczać do rzeczywistości. Dlaczego? 

Pierre Musso w arcyciekawej analizie fenomenu „sarkoberlusconizmu” opublikowanej w specjalistycznym  „Le Temps des Medias” przekonuje, że i Berlusconi i Sarkozy sięgają dziś po symbolikę rzymskich cesarzy w „rewolucjach konserwatywnych” prowadzonych w swoich krajach. Bardzo często przecież Sarkozy stylizowany jest a to na Napoleona I a to Napoleona III, z najgłośniejszym sążnistym esejem Alaina Duhamela porównującego także Carlę Bruni do cesarzowej Józefiny. A jedną z ciekawszych prac o Silvio Berlusconim jest praca Giorgio Bocca zatytułowana ni mniej ni więcej tylko „Piccolo Cesare”. 

To efektowne porównania politologów i publicystów, czy raczej świadome strategie marketingu politycznego?

W komunikacji politycznej w Europie sięgamy po nasze kulturowe klisze. W odróżnieniu od Amerykanów, którzy nie mają trochę dokąd sięgać. Propozycje amerykańskich kolegów prezentowane przy okazji różnych kampanii na Starym Kontynencie – niezależnie we Francji, w Rumunii, w Estonii czy w Polsce – budzą w nas, Europejczykach, najczęściej politowanie.

Ludzie nie mają czasu na politykę. Nie mają już czasu na nic. Radykalnie zmienia się sposób konsumpcji mediów, co wymaga zmian w sposobach formułowania komunikatów. Umarła reklama, przekazy nie docierają do odbiorcy. Trudno, aby było inaczej, jeśli Europejczyk ma kontakt każdego dnia z trzema tysiącami przekazów reklamowych. Klasyczne jednokierunkowe media tracą na wartości. Te wszystkie maszyny drukarskie, drogie studia telewizyjne, agencje prasowe – stanowiące rodzaj kontroli polityków nad społeczeństwem – tracą w świecie szybkiej informacji na serwisach społecznościowych, rywalizacji pomiędzy „walczącymi o życie” mediami. Zatrzymać uwagę odbiorcy, to zadanie, dla tych, którzy chcą, aby ich usłyszano. Nawet prognoza pogody przekazywana jest w telewizji przez najpiękniejsze kobiety świata lub przez szalenie inteligentnych prezenterów w coraz bardziej niesamowitych, walczących o uwagę odbiorcy, formach. A cóż dopiero polityka.

Nadchodzi czas politycznych ramówek i partyjnych dyrektorów programowych?

Świat polityki nauczył się zarządzać informacją, opakowywać swoje działania, zamieniać w ciekawy spektakl. Przytrzymywać uwagę publiczności, która z rwącego potoku gigabajtów informacji nie znajduje żadnego powodu, aby wybierać informacje o nowej umowie międzynarodowej, choćby tak ważnej kwestii, jak umowa gazowa, czy prac legislacyjnych. Politycy muszą nauczyć się ciekawie przedstawiać to, nad czym pracują. A jeszcze lepiej: nie tylko zatrzymać uwagę odbiorców, ale też pozyskać ich wsparcie. Zasianie i rozwinięcie w społeczności przekonania, że warto kibicować politykowi, tak jak kibicuje się klubowi piłkarskiemu. To bardzo trudne zadanie, ale możliwe sięgając do wspólnoty doznań i historii w zgodzie z zasadami marketingu narracyjnego. I budowanie na nich opowieści o „nowym cesarzu” z „piękną Józefiną”.

Kiedy więc najładniejsze posłanki zaczną występować w wannie na wzór słynnego formatu Superstacji? I opowiadać w niej o umowie międzynarodowej?

Massimo d’Alema w czasie, gdy był ministrem spraw zagranicznych wziął udział w najbardziej oglądanym programie włoskiej telewizji, tuż po wieczornych wiadomościach, w którym opowiadał o swojej polityce przyrządzając jednocześnie risotto, bo taki był warunek, aby widzowie nie zanudzili się na śmierć. Nie ma dziś już chyba premiera ani prezydenta, który nie zagrałby na gitarze elektrycznej, podczas gdy jeszcze niedawno sensacją było pokazanie się – jak Valery Giscard d’Estaign – z akordeonem. Tak samo jak nie ma już dziś polityki bez ludzi. Jest polityka ponad głowami elit, politycy nauczyli się nawiązywać relację bezpośrednio z odbiorcą. Ale też bez przesady, żaden z polityków nie występuje w wannie, chyba że w sesji dla Vivy, były premier, ale to już tylko peryferia.

Z tego, co pan mówi wynika, że lata świetlne dzielą Sarkozyego i Berlusconiego od Janusza Palikota. Jaka jest jego rola? Klauna?

Rzeczywiście, nazajutrz po Kongresie Janusza Palikota, w wyborach w Sao Paulo najwięcej głosów zdobył klaun Tririca. Ponad milion głosów oddano na klauna i wprowadzono go do parlamentu. Ale to raczej efekt problemów społecznych w Brazylii, chęć „utarcia nosa politykom”. Takich emocji nie ma dziś w Polsce. Z pogłębionych badań wynika, że Polacy w swej masie nie chcą ani rewolucji, ani głębszych radykalnych reform. Spodobał nam się spokój i stabilizacja. Nie ma dziś miejsca dla klaunów w polskiej polityce.

Palikot akurat bardzo precyzyjnie określa swe miejsce. Zamierza przecież „zmiażdżyć” SLD, „oskubując” PO.

Niekoniecznie musi osłabić SLD. Z pojedynku z Januszem Palikotem lewica może wyjść – o ironio – wzmocniona, jeśli obok Palikota będą jedynie środowiska antyklerykalnej Partii Racja i Partii Kobiet, a nie uda się tam przyciągnąć Andrzeja Olechowskiego czy bardzo wpływowego w polskiej polityce Stowarzyszenia Ordynacka. Bez Olechowskiego i Ordynackiej, Palikot niewiele zdziała. Nie będzie kupca na jego projekt.

Mówi pan o polityce spektaklu. Spektaklu jak rozumiem polityków, ich doradców, spin doktorów…

Raczej story-spinnersów, budujących scenę w świadomości społecznej i opowiadających ciekawe historie. O tym choćby, czy należy zezwolić na palenie w miejscach publicznych. Ten temat zdominował dużą część ostatniej kampanii prezydenckiej we Francji. Często powtarzam, że dziś polityka przestała skupiać się na przekazie informacji, objaśnianiu decyzji. Dziś polityka to zarządzanie emocjami spektaklu, w którym politycy są aktorami a wyborcy siedzą na wygodnych fotelach.

Aż w końcu coś jednak zmusi ich do wstania. Władca-błazen, gdy już zaistniał, szybko okazywał się także potworem. Neron, Kaligula, Heliogabal i Karakalla – czterej potworni artystowscy cesarze mogą tu być chyba pewną przestrogą także dla współczesności? 

Lewica, opozycja, straszą Berlusconim we Włoszech, Sarkozym we Francji, Tuskiem w Polsce. Demonizują ich rządy. Grożą, że za chwilę na gospodarkę spadną plagi egipskie, że zadłużają swoje kraje, nie reformują… I o ironio, gdy tylko Sarkozy wprowadza reformy, podwyższając  wiek emerytalny, wzywają do ogólnokrajowego strajku. We wtorek dwa a może trzy miliony ludzi wyjdzie na ulice. To nowa odsłona tego samego teatru władzy.  Tej samej sztuki, tylko z innej strony.

Na który władca reaguje własnym spektaklem, jak wojna z dopalaczami, a wcześniej kastrowanie pedofilów?
Nie przesadzajmy. Za sprawą dopalaczy giną ludzie, obniża się zdolność intelektualna młodych Polaków. A urzędnicy mówią, że problem jest „nierozwiązywalny”. Stąd interwencja premiera.

Polityk dziś nie czeka na media, aż zaproponują ciekawy temat, pozostawiając mu reaktywne działanie. Jest w stanie samemu zlecić wyliczenie liczby ofiar dopalaczy, opowiedzieć w intrygujący sposób o tragedii poprzez jednostkowe przypadki. Jest w stanie narzucić narrację.. To, że buduje to także polityka jako silnego lidera społeczności, to naturalna konsekwencja.

Na ile uprawnione są porównania polskich polityków do ich słynnych kolegów z zagranicy. Dlaczego tak chętnie po nie sięgamy?

Polska polityka, jeśli chodzi o technologię komunikacji społecznej, to dziś polityka dwóch prędkości. W dużym uproszczeniu politycy wieku XIX wciąż próbują pokonać tych, którzy są już w wieku  XXI, Polonezy starają się dogonić auta lepszych marek, a dystans między nimi wciąż się zwiększa.

Z jednej strony politycy skupieni na meritum i programie, na debatach w parlamencie, uważający, że aby w polityce coś osiągnąć – wystarczy czekać. Skupiający się na tym, aby wszystko „dokładnie i merytorycznie” wyjaśnić. Z drugiej zaś politycy uprawiający swój fach na boisku piłkarskim, z ludźmi, w debatach telewizyjnych, wiedzący już, że pomysłem na sukces w swojej partii, jest często zaatakowanie lidera. Skupiający się na tym, aby opowiedzieć tak ważną historię, że ludzie pójdą na wybory. I będą przekonywali do głosowania wszystkich wokół.

Czy wyobraża pan sobie sytuację, w której ktoś kompletnie spoza mainstreamu bynajmniej nie na skutek błędu systemu wyborczego zyskuje realną władzę polityczną – jak grany przez Robina Williamsa komik, który zostaje prezydentem USA w filmie „Człowiek Roku”? 

Ostatni taki przypadek to Coluche. „Wcale nie chcę być prezydentem. Zgłosiłem swoją kandydaturę, żeby był większy burdel. Chcę się pobawić i się pobawię. Korzystam z popularności. Jestem jedynym kandydatem, który nie chce być prezydentem, dlatego będę miał wielkie powodzenie. Głosować na mnie będą ci wszyscy, którzy chrzanią politykę, polityków i cały ten cyrk, jakim są wybory” – mówił Coluche i stawiał kropkę nad i : „Polityka to show. Najlepszy kandydat to ten, który najlepiej wypada w telewizji. Ludzie nie głosują na prezydenta, tylko na to, co widzą w telewizji”. Trudno sobie wyobrazić bardziej piekący policzek dla polityków mówiących wciąż o swojej misji.

Pierwszy plakat Colucha: on, w czarnym dystyngowanym fraku, w czarnym fantastycznym cylindrze, przepasany trójkolorową szarfą Legii Honorowej, a przy tym siedzący… z opuszczonymi majtkami w toalecie. I pierwszy wynik prezydenckiego sondażu, w którym poddano jego nazwisko osądowi Francuzów: 16 procent poparcia.

Casus Coluche daje do myślenia. Popierać zaczęli go Eddy Michel, France Gall, Gerard Depardieu, Jean-Paul Belmondo, Johny Holliday… I żadnego polityka w zapleczu. Pierwszy zagrożenie zrozumiał Mitterand. Komik wyśmiewający establishment zdobywał elektorat lewicy.  Ale kampania Colucha nie w smak była także urzędującemu prezydentowi Valeremu Giscard d’Estaign, z którego bezideowości, z jego manier, wciąż się wyśmiewał. Na sześć miesięcy przed wyborami wybuchła afera diamentowa. „Le canard enchainee” napisał, że prezydent Francji otrzymał od cesarza Jean-Bédel Bokassy, jednego z najokrutniejszych dyktatorów, podczas jego wizyty w Paryżu, diamenty. W debacie prezydenckiej, w decydującym starciu, Coluche pojawić się mógłby w studiu w diamentowym naszyjniku i powie: hej, prezydencie, jak się masz?

To chyba poważne zagrożenie?

Skończyły się żarty. Pałac Prezydencki zarządził całkowity szlaban na publiczne występy komika. W jednej chwili zablokowano jego dostęp do telewizji i radia. Christian Bonnet, ówczesny szef francuskiego MSW, powołał specjalną, zajmującą się wyłącznie kampanią Colucha, komórkę. Coluche był śledzony był dzień i noc. Wreszcie okładka „L’Express” i wielki tytuł „PRAWDZIWA NATURA COLUCHA”. Podobno się upijał. Podobno dwadzieścia lat temu dostał mandat za znieważenie funkcjonariusza na służbie. Medialna nagonka nie zadziałała, poniewierany oskarżeniami Coluche nie tracił rezonu. Nie rezygnował. Aż do dnia, gdy bliskiego przyjaciela, współpracownika komika, znaleziono zastrzelonego przy swoim domu. Dwie kule trafiły w głowę. Wyglądało to na egzekucję. O zbrodnię oskarżono – natychmiast zatrzymanego – Colucha. 

Tego już było za wiele?

6 kwietnia 1981 komik wycofuje się z kampanii.- Kiedy przestało mnie to śmieszyć, przestało mieć sens – argumentuje. I apeluje do swoich sympatyków do poparcia socjalisty Francoisa Mitteranda.  Mitterand został prezydentem, a on znów powrócił do tej roli, którą znał najlepiej: celebryty.

Ta historia brzmi jak memento.

Jak przypomnienie, że poważna polityka to nie jest zabawa.

Eryk Mistewicz – konsultant polityczny, autor strategii marketingu narracyjnego, absolwent Ecole Superieure des Sciences Commerciales d’Angers, pracuje w Polsce i we Francji, niedawno wydał napisaną wraz z Michałem Karnowskim książkę „Anatomia władzy” o zmianach zachodzących w świecie mediów, polityki, marketingu, PR i masowej komunikacji.