Eryk Mistewicz: Na Facebooku jesteśmy jedynie towarem
Rzeczpospolita

3 listopada 2016

Eryk Mistewicz, prezes Instytutu Nowych Mediów

Rzeczpospolita: Polski prawnik chce pozwać konkretnego pracownika Facebooka, który zablokował profile narodowców. Czy sensowne jest pozywanie tak wielkich gigantów gospodarczych?

Eryk Mistewicz: Przed wiedeńskim sądem toczył się bardzo głośny proces, znany jako spór Europa kontra Facebook. Proces ten, w którym austriacki prawnik Max Schrems domagał się jawności działań firmy, dobitnie pokazał, że Facebook to nie są żadni sympatyczni, uśmiechnięci chłopcy gdzieś z garażu w Palo Alto, ale potężne machiny korporacyjne, z którymi pojedynczy prawnik nie ma szans. Takie korporacje wspierane są nie tylko przez najdroższe kancelarie prawnicze, ale także przez rzesze lobbystów pracujących z politykami. W Komisji Europejskiej i Parlamencie Europejskim najwięcej lobbystów chodzi już nie za sprawami koncernów farmaceutycznych czy tytoniowych, ale właśnie gigantów internetowych.

Jak zmieniają się relacje państwa i tych wielkich firm?

Najlepiej widać to w Polsce, gdzie w ciągu ostatnich 20 lat nasz rząd całkowicie zrejterował z wpływu na budowanie czegoś, co nazywać można arystokracją rozumu, wspólnotą wiedzy czy choćby wolną przestrzenią dyskusji, debaty. Dziś nasza świadomość nie jest już kształtowana przez media tradycyjne, ale budują ją po swojemu właśnie Facebook czy wyszukiwarka Google. Państwo zapomniało, że powinno przede wszystkim chronić interesy swoich obywateli, a nie umożliwiać korporacjom robienie jak najlepszego biznesu.

Jak państwo miałoby nas chronić?

Na pewno nie przez cenzurę internetu, gdyż model turecki czy chiński, czyli próba cenzurowania cenzorów – ograniczania Facebooka czy Google’a, byłby kompromitacją. Problemem jest to, że dla największych amerykańskich korporacji teleinformatycznych nie potrafimy wprowadzić ograniczeń, choćby związanych z prawami konkurencji i ochrony konsumentów. A spory o Facebooka lepiej uświadamiają nam, że to nie jest nasza przestrzeń wspólna ani tym bardziej prywatna.

Co to znaczy?

Nasze konto, profil czy fanpage wcale nie należy do nas. Nasze treści w każdej chwili mogą przestać być przekazywane dalej, a z dnia na dzień możemy zostać wykasowani. Jeżeli coś jest w sieci za darmo, to w skrócie oznacza to, że nie mamy do tego żadnych praw. W tego typu miejscach, jak portale społecznościowe czy darmowe skrzynki e-mail, nie jesteśmy wcale klientem, ale jedynie towarem. Zatem gdy tylko możemy, budujmy własne media i własne przestrzenie.

Rozmawiał Michał Płociński