„Po pierwsze, rozmawiajmy”, Tygodnik Powszechny

20/2009

 

Eryk Mistewicz: Tożsamość europejska nabiera znaczenia w czasie kryzysu, który weryfikuje jakość przywództwa oraz kierunek decyzji społeczeństw kontynentu.

 

Jakub Drath: Skąd się bierze spór o euro? Większość z nas nie jest ekonomistami i nie potrafi ocenić, czy zmiana waluty będzie korzystna, czy nie.

 

Eryk Mistewicz: Dyskusja w sprawie przyjęcia przez Polskę euro to spór dwóch światów. Jeden świat nazwałbym światem humanistów dorastających wśród literatury i filozofii, dla których historia jest większą wartością niż dopłaty do kwot mlecznych. Drugi to świat absolwentów SGH i London School of Economics, dla których z kolei kwestie tożsamości narodowej są kwestiami niezrozumiałymi, niedającymi się ująć w tabelki, anachronicznymi. To poniekąd spór między romantykami a pozytywistami, między modernistami a ludźmi tworzącymi Muzeum Powstania Warszawskiego.

Jak wypada tożsamość europejska na tle ekonomii?

W czasie kryzysu nabiera znaczenia. Niektóre społeczeństwa mówią: „Idźmy sami, budujmy swój kraj i róbmy wszystko, abyśmy z powodu integracji europejskiej nie tracili miejsc pracy, dyrektywy europejskie zaś – jeśli nie służą naszemu krajowi – zawieśmy na czas kryzysu”. Ale inna część społeczności europejskiej mówi: „Będziemy równi naprzeciwko Indii, Chin tylko wówczas, gdy stworzymy silną Europę, wzmacniając to wszystko, co buduje naszą wspólną tożsamość. Oczywiście, kiedyś Włosi walczyli z Francuzami, Niemcy z Polakami, nacje Europy ścierały się w ciągu wieków historii, natomiast teraz poszukajmy tego, co nas wzmocni i zjednoczy wobec globalnych potęg”. Kryzys jest dziś przede wszystkim wielkim wyzwaniem dla liderów Europy, weryfikuje jakość ich przywództwa, kierunek decyzji społeczeństw kontynentu.

A Pana zdaniem, jaka powinna być hierarchia tożsamości? Jakiś czas temu pojawił się sondaż, według którego znikomy procent Polaków określa siebie w pierwszej kolejności jako Europejczyków – identyfikujemy się przede wszystkim  ze społecznością lokalną, w drugiej kolejności z narodem. Czy tutaj jest miejsce na jakąkolwiek konkurencję?

Nie dziwi mnie ten sondaż. Tu także są dwa światy. Z jednej strony – elity rozumiejące, jak wielką szansą jest silna pozycja Polski w zjednoczonej Europie. Z drugiej – przeciętny Polak, dla którego Unia jest wciąż zbiorowiskiem biurokratycznych darmozjadów. Komunikacja społeczna wielkiego kontynentalnego projektu pt. „Unia Europejska” jest prowadzona w kuriozalnie nieprofesjonalny sposób. Nie tylko zresztą w Polsce. To między innymi wpływa na wyniki podobnych sondaży i na to, że tylko kilka procent osób deklaruje się jako Europejczycy. Ale to, że jesteśmy przede wszystkim patriotami swoich małych ojczyzn, miasta czy regionu, jest jak najbardziej zdrowe.

Czy postawa naszych elit politycznych nie spowoduje, że wprowadzenie euro będzie się nam kojarzyć w pierwszej kolejności ze sporami polityków?

Wprowadzenie euro już się pojawiło na sztandarach dwóch obozów politycznych stojących naprzeciw siebie w pełnym rynsztunku bojowym. Zarówno przyjęcie euro, jak organizacja Euro 2012, największa szansa modernizacyjna Polski po 1989 r., nie zostały niestety wyjęte z obszaru rywalizacji partyjnej. W innym kraju wokół tych kwestii mielibyśmy do czynienia z powszechną mobilizacją, ze współpracą polityków na rzecz kraju.  U nas tego nie ma, co więcej – zatknięto euro na sztandarach partyjnych bardzo wysoko.

Jak w takim razie należy mówić o euro?

Wprowadzenie wspólnej waluty to gigantyczna operacja marketingowa. Z tłumaczeniem osobistych korzyści dla każdego. Z konkursami np. na projekt rewersu monety euro, aby ludzie poczuli, że to będzie ich waluta, a nie narodzi się gdzieś na posiedzeniu Rady Ministrów czy w NBP. Z ciekawymi narracjami pokazującymi, że przyjęcie euro to dla Polaków szansa na rozwój i modernizację kraju, w którym żyją. Z dyskusjami odpowiadającymi na pytanie, czy przejście na euro będzie stanowiło jeden z elementów wyzbywania się tożsamości narodowej – a jeżeli tak, to w jaki sposób chronić polskie interesy.

Co, poza wspólną walutą, może być jeszcze symbolem europejskiej tożsamości?

Od wspólnej armii, poprzez wspólną historię kontynentu, aż po taką drobnostkę jak końcówka  „.eu” w adresach internetowych. Jeżeli się okaże, że coraz częściej w naszych mailach pojawia się .eu, to w większym stopniu będzie świadczyło o budowaniu tożsamości europejskiej niż deklaracje polityków.

Pojawia się wiele głosów krytykujących ten odgórny sposób tworzenia wspólnoty, jakim jest np. administracyjne wprowadzenie waluty, a opowiadających się za wzmacnianiem naturalnych procesów. Czy decyzją urzędową można budować wspólnotę?

Nie. Przeprowadzenie tej operacji ex cathedra, bez liczenia się z głosem ludzi, skończyć się może tak jak referendum w Irlandii. Tam zabrakło rozmowy z ludźmi, powiedzenia, co im da traktat lizboński. Nie wyobrażam sobie wprowadzenia euro w Polsce bez naprawdę dobrych strategii komunikacji społecznej, bez wsparcia tak skutecznych technik jak np. marketing narracyjny. Wybieraniu euro z bankomatu powinna towarzyszyć radość.  To właśnie jest ta opowieść.  I bardzo ważna jest rola i elit, i polityków, i politycznych marketingowców. Tak dużych procesów integracyjnych nie sposób przeprowadzić inaczej.

Ile potrzeba czasu, by polskie społeczeństwo zaakceptowało nową walutę jako swoją?

Im lepiej popracują wszyscy przed wprowadzeniem euro, im lepsza będzie strategia komunikacji zmiany, tym szybciej i łatwiej wspólna waluta stanie się czymś oczywistym. Jeszcze w tej chwili spora część Francuzów, szczególnie ze starszego pokolenia, nie pogodziła się do końca z decyzją o wprowadzeniu euro, w sklepikach liczą wszystko we frankach. Ale jest to już bardziej kwestia przyzwyczajenia niż polityczna manifestacja.

Rozmawiał Jakub Drath

ERYK MISTEWICZ jest konsultantem politycznym, specjalistą marketingu politycznego, autorem strategii marketingu narracyjnego. Doradza osobom publicznym w Polsce i we Francji.