„Jest już zwycięzca amerykańskich debat”, Uważam Rze

42/2012

Marketingowcy i PR-owcy nie stoją w miejscu. Debaty w Stanach Zjednoczonych mają już zwycięzcę. To nowe media.

Niegdyś czekano, aż po debacie eksperci osądzą, kto wygrał. Goście w telewizyjnym studiu jednego z uczestników spychali w otchłań. I już wszystko było wiadomo.

Teraz jest już inaczej. Ludzie nadal nie za bardzo wiedzą, co myśleć, jak głosować. Kto inny już im jednak podpowiada.

Badania pokazują, że orientujemy się na takich jak my. Na naszych „znajomych” z sieci. Gadających (tak, to najlepsze sformułowanie!) o Adele w nowym Bondzie, meczu Manchesteru i depresyjnej londyńskiej pogodzie. Zwykłych i miłych. Co ważne: bez ukrytych intencji.

Jednym z magicznych słów naszej epoki stało się słowo „Multitasking”. Ważniejszy od telewizora jest smartfon czy tablet z Twitterem. Nie potrafimy już oglądać telewizyjnej debaty w samotności, musimy dzielić się emocjami.

10,3 mln wpisów na Twitterze towarzyszyło pierwszej debacie Baracka Obamy z Mittem Romneyem. Z debaty na debatę będzie ich coraz więcej. To tam tworzy się przestrzeń narracyjna. To tam zadecyduje się, kto tą przestrzenią zawładnie.

15 mln odsłon filmiku Obamy na portalu YouTube w poprzedniej kampanii – gdyby emitować go jako reklamę, kosztowałaby 45 mln dol. A tu wystarczyła siła rekomendacji, o wiele mocniejsza od reklamy.

Twitter i YouTube. A Facebook? Tam – mam wrażenie – biznes rekomendacji, referencji i manipulacji to już skala przemysłowa. Facebook zaczyna słynąć z zarządzania niezbyt lotnym tłumem. Tłumem masowym i niereprezentującym tej zbiorowej mądrości, jaką znajdziemy w innych społecznościach sieci.

Piętro budynku na obrzeżach europejskiej stolicy. Na dwie zmiany pracuje tu ponad 200 osób, z których każda zarządza kilkuset awatarami, bytami wirtualnymi mającymi imiona, nazwiska. Każdy awatar niesie swoją historię, ma serię urokliwych zdjęć ślubnych na facebookowym profilu. I wpisuje to, co wpisują wszyscy: ocenia Adele, kibicuje w trakcie meczów, automatycznie narzeka na depresyjną aurę.

To armia w stanie gotowości. Gromadzenie wirtualnych bytów, ich utrzymywanie, żywienie, napędzanie historiami (także poprzez generatory narracji) kosztuje niewiele. Odsprzedaż farmy fanów najbardziej skomercjalizowanego dziś serwisu nowych mediów to ostateczność.

Wcześniej czy później pojawia się zlecenie. Wejście na rynek nowego telefonu, zapachu, premiera filmu, wybory. I rutynowe działanie: rozpisanie kontrowersji, konfliktu, sporządzenie i nadmuchanie opowieści. Wirusowe, szybkie lewarowanie narracji („Content is the King”), umiejętne wskazanie palcem, a czasami młotkiem, kto wygrał debatę i dlaczego trzeba się ruszyć, pójść, i koniecznie głosować.

A dziennikarze obok tego wszystkiego? A eksperci, politolodzy, socjolodzy i wielcy publicyści, nad którymi pracowano, których jeszcze nie tak dawno usilnie przekonywano, umawiano na spotkania z prezesami partii, bo to oni spychali uczestników debat w otchłań, sprawowali rząd dusz?

Czy jeśli nie założą sobie kapelusza w kształcie piłki na głowę, jeśli nie nadadzą w swoim programie samobójstwa na żywo, to ktoś jeszcze zwróci na nich uwagę?

Eryk Mistewicz 

Nowe Media - kwartalnik pod red. Eryka Mistewicza Wydawnictwo Operon, 2012