Mistewicz: „Będzie spór o Powstanie Styczniowe? Polacy to uwielbiają”

Wirtualna Polska, 17 stycznia 2013 r.

Uwielbiamy emocje podgrzewane przez polityków. Uwielbiają je i żyją z nich również media. Świetnie wszyscy odnajdują się w tym medialnym teatrze, w którym awantura o matkę Madzi przeplata się ze sporem o Romualda Traugutta i fotoradary – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Eryk Mistewicz, konsultant polityczny, redaktor kwartalnika „Nowe Media”. 

 

Agnieszka Niesłuchowska: Zbliżająca się 150. rocznica powstania styczniowego podzieliła polityków. Premier ubolewa, że PiS nie chce się przyłączyć do obchodów organizowanych przez Bronisława Komorowskiego, z kolei Mariusz Błaszczak zarzuca koalicji, że w Sejmie nie udało się przyjąć ustawy ustanawiającej rok 2013 rokiem Powstania Styczniowego. 

Eryk Mistewicz: Powstanie Styczniowe jest wydarzeniem na tyle istotnym dla naszej historii, że powinno łączyć. Ale dziś widzimy, że to kolejna rocznica, którą jedna i druga strona dołączyły do zestawu kijów bejsbolowych bieżącej polityki. 

 

Prof. Nałęcz mówi, że nie rozumie dlaczego PiS urządza odrębne uroczystości, bo trudno pojąć o co można konkurować pod krzyżem Romualda Traugutta. A politycy Prawa i Sprawiedliwości oceniają, że objęcie przez prezydenta patronatu nad rocznicowymi uroczystościami ma jedynie charakter polityczny. Naprawdę nie ma szans na świętowanie ponad politycznymi podziałami? 

- Nie ma szans, żadnemu z dwóch obozów to się to zresztą nie opłaci. Ale też nie ma już osób, które byłyby jednocześnie autorytetami dla oby stron. Takich jak choćby Jan Maria Rokita, zwolennik PO-PiS. Zniknęli wszyscy, którzy mając dobre relacje zarówno po jednej jak i drugiej stronie namawialiby do elementarnej refleksji, do niewykorzystywania takich sytuacji jak rocznica Powstania Styczniowego do rytualnego okładania się kłonicami. 

 

A czy w innych środowiskach, naukowych czy kościelnych, nie znalazłby się taki autorytet? 

- Nie sądzę. Kościół stara się trzymać z dala od polityki. A naukowcy, socjologowie, psychologowie społeczni wchodzą przecież do komitetów wyborczych partii politycznych. Znajdują się na listach wyborczych. Każdy już opowiedział się mniej lub bardziej po jednej lub drugiej stronie. Podobnie zachowują się media. Obiektywizm zastąpiła maksymalna wyrazistość. Tylko w ten sposób w hałasie i natłoku informacji udaje się przebić przez szum informacyjny, zaistnieć. Nie, nie ma już nikogo, kto powiedziałby: stop. 

 

Dlaczego tak się dzieje? 

- Deficyt arystokracji rozumu. Po trosze z racji historycznych, po trosze – presji postpolityki, w którą z pędem weszliśmy. Zadaniem polityków jest przykuwanie uwagi opinii publicznej, utrzymywanie jej w ciągłej emocjonalnej podniecie. Muszą w jak najczarniejszych barwach malować swego wroga, aby wyborcy przypominali sobie na kogo głosowali – i dlaczego to ważne, aby znów zagłosowali. 

 

Każdy powód, nawet tak odległe w naszej historii powstanie, jest dobrym sposobem, by zaatakować przeciwnika? 

- I Kościuszko nas kiedyś podzieli… Będziemy się cofać do kolejnych wydarzeń historycznych, zamieniać je w kije bejsbolowe i się nimi okładać. Już bez najmniejszej refleksji, jakie wydarzenia te miały dla Polski znaczenie. Dziś pod tym względem Powstanie Styczniowe nie różni się przecież niczym od fotoradarów. Jedna partia mówi, że są sposobem na zdzieranie z podatników, więc druga z miejsca temu zaprzecza. I nie ważne, o co chodzi. Ważne, by negować wszystko, co mówi druga strona. Nawet jeśli wcześniej było się „za”, dziś trzeba być „przeciw”. Dla zasady. Dla zyskania uwagi ludzi, obudzenia wyborców. 

 

Osiągnęliśmy szczyt absurdu? To znak naszych czasów? 

- Uwielbiamy emocje podgrzewane przez polityków. Uwielbiają je i żyją z nich również media. Świetnie wszyscy odnajdują się w tym medialnym teatrze, w którym awantura o matkę Madzi przeplata się ze sporem o Romualda Traugutta i fotoradary. 

 

Chce pan powiedzieć, że politycy dają wyborcom na talerzu to, czego oni od nich oczekują? Wydawać by się mogło, że Polacy są już tym sporem zmęczeni. 

- Ring jest potrzebny i jednej i drugiej stronie. Gdyby doszło do debaty Janusza Palikota, Stefana Niesiołowskiego i Joachima Brudzińskiego na temat wspomnianego już Romualda Traugutta byłby to równie chętnie oglądany program jak „serial” pod roboczym tytułem „Mama Madzi”. Byłyby emocje, kopniaki, w grze byłby bejsbol. Przykre, że wydarzenia, które mogłyby jednoczyć Polaków, stały się elementem marketingu politycznego. Ale nie widzę rozwiązania tej sytuacji. Jedni i drudzy będą starali się przecież zwyciężać, przekonując, że ich prawda jest najprawdziwsza. 

 

Ten ring się Polakom nie znudzi? 

- Absolutnie nie. Dzięki temu widzowie-potencjali wyborcy wyładowują się emocjonalnie i są jeszcze bardziej zdeterminowani, by w kolejnych wyborach poprzeć swoją partię. Politycy po prostu coraz lepiej nauczyli się zarządzać tymi emocjami. 

 

Ostatnio jednak Janusz Piechociński zaapelował, by skończyć z chamstwem w polityce. To głos wołającego na puszczy? 

- Partie, które nawołują do opanowania się,  jak robi to PSL, czy PJN i SP, nie znajdują wielkiego poparcia, nie znajdują uznania w oczach masowej opinii publicznej. Na ostrej walce politycznej, na podnoszeniu temperatury sporu, przy każdej nadarzającej się okazji, tak jak teraz o Powstanie Styczniowe, korzystają i będą korzystać największe partie. 

 

Jeśli jednak w ciemno to kupujemy, nie najlepiej to o nas, jako o społeczeństwie, świadczy. 

- Nie zgodzę się z tym. To bowiem wypadkowa wielu czynników. I nie tylko polska specyfika, we Francji czy Włoszech jest podobnie. Żyjemy w świecie natłoku informacji, newsy atakują nas ze wszystkich stron. Stan emocjonalnej podniety, w który nauczyli się wprowadzać masy politycy, to nieodłączny element postpolityki. Nie ma świętości. 

Rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska