„Dziennikarze na garnuszku władzy”, Uważam Rze

46/2012

urzeKolejny pomysł ratowania dziennikarstwa: całkowita symbioza mediów i polityków. 1,2 mld euro dotacji dla gazet.

Prawo, uchwalone jeszcze w XVIII w. i mające wspierać rozwój inteligencji narodu, wspiera utrzymywanie na rynku „Tele Star” czy „Tele 7 Jours”, pisemek podobnych do polskiego „Tele Tygodnia” z programem TV okraszonym plotką.

Największe subwencje trafiały we Francji w 2011 r. do: „Le Monde” – 16,9 mln euro, „Le Figaro” – 16 mln, „Ouest France” – 14,1 mln, „La Croix” – 10,4 mln, „Telerama” – 9,5 mln, „Liberation” – 8,9 mln, „Le Nouvel Observateur” – 7,9 mln, „L’Express” – 7,6 mln, „Tele 7 Jours” – 7,2 mln, „L’Humanité” – 6,2 mln, „Paris Match” – 5,3 mln, „Tele Star” – 4,7 mln, „Le Point” – 4,5 mln, „Tele Loisirs” – 4,4 mln, „Les Echos” – 3,7 mln, „Tele Z” – 3,7 mln etc. Długa, bardzo długa lista.

Raport deputowanego Michela Francaix pokazuje nie tylko skalę marnotrawstwa środków publicznych, ale także cementowanie miejsca, w którym stanęło dziennikarstwo; uspokajanie, rozleniwianie dziennikarzy.

To nie USA. Tu nie wymyśla się prochu. Jak napisał jeden z autorów redagowanego przeze mnie kwartalnika „Nowe Media”: „Nie wyobrażam sobie, aby w Europie mógł powstać Twitter”.

Z całkowitej kwoty dotacji dla gazet w 2011 r. we Francji (łącznie: 1,2 mld euro!) ledwie 20 mln przeznaczono bowiem na inwestycje w sieci. Gros wydatków to dotacje dla tytułów, transportu i dystrybucji prasy, dofinansowanie syndykatów dziennikarskich, ośrodków wypoczynkowych. Zero – na produkcję aplikacji na tablety, smartfony, net-telewizory…  A więc  zero inwestycji w przyszłość obiegu informacji.

Michel Francaix: „Pieniądze publiczne wykorzystywane są do wspierania tej formy komunikacji, która nie ma już przyszłości”.

Tak jakby jedynym pomysłem przetrwania prasy był „deal” między wydawcami, dziennikarzami a politykami: państwo będzie dotować dorożki, dyliżansy. Będzie dopłacać do każdej podróży tym, którzy będą podróżować dłużej, w mniejszym komforcie, będzie dofinansowywać dorożki w świecie automobili. A jeśli podróżni nie będą chcieli pokonywać odległości w ten sposób, to wówczas państwo będzie rozdawać bilety na przejazd dorożką bezpłatnie.

Największym beneficjentem „dealu” z wydawcami są politycy: zyskują krótką smycz do trzymania upadających mediów. Już nie muszą prosić ani grozić. Nie tylko mianują szefów stacji TV i obsadzają szefów redakcji. Są władcami absolutnymi. Przerzucając im – jak mawia zasiadający w polskim Sejmie poseł maratończyk – „słodką kasiorkę”.

Ale oczywiście z gwarancją niezależności mediów. No jakżeby inaczej.

Nic też dziwnego, że ministrowie francuscy zapowiedzieli już, że będą walczyli z Google i Apple, aby nie żerowały one na dorobku „ich dziennikarzy”. A najlepiej, aby firmy te ominęły Francję szerokim łukiem.

I to jest pomysł: jeśli będą spadały nakłady i wiarygodność tak uprawianego dziennikarstwa, to wówczas władza wciąż będzie mu podsypywać więcej pieniędzy i będzie go bronić. Nowego świata nie ma. Zamykamy oczy i wszyscy, dziennikarze i politycy, zgodnie ustalamy: nowego świata, nowych mediów nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma.

Eryk Mistewicz

Tekst ukazał się w wyd. 46/2012 tygodnika Uważam Rze