„Ta polityka prowadzi donikąd”
Wszystko Co Najważniejsze

24 stycznia 2015

Badania oglądalności stacji informacyjnych pokazują ciekawy trend: oglądalność „gadających głów” leci na łeb na szyję. Jeszcze trzy – cztery lata temu zapowiedź pojawienia się ważnego, ciekawego polityka powodowało „pik zainteresowania”. Dziś łączne zainteresowanie programami wszystkich stacji telewizji informacyjnych przekłada się na 300-tysięczną, może 500-tysięczną widownię. 300, może 500 tysięcy ludzi zainteresowanych programami publicystyki politycznej — razem, we wszystkich stacjach TV. Niezależnie, czy rankiem, czy — trochę lepiej — wieczorem.

To wymusza coraz bardziej agresywne, niskie dziennikarstwo. Pisał o tym, jak ustawia się „walki kogutów” w programach informacyjnych, Tomasz Sekielski; ten tekst to już, zdaje się, klasyka [LINK]. Ale też wymusza sposób kształtowania czołówki politycznej — tych, których partie wysyłają do programów. Aby „szli i zabijali”. Preferencje dla najgłośniejszych, agresywnych, przepychających się łokciami, którzy bez zmrużenia oka mają zmiażdżyć przeciwnika i oddać pokłony swojemu przewodniczącemu, prezesowi czy sekretarzowi generalnemu.

Zadowoleni dziennikarze, zadowoleni politycy, zadowoleni odbiorcy — tak wydawało się jeszcze niedawno. Telewizyjna gawiedź zachwycona jest jednak tylko do czasu.

Największa nawet łomotanina w telewizyjnym studio przestaje już „ciągnąć”. Zasapany, śliniący się wręcz polityk jednej z partii w zwarciu z przeciwnikiem z drugiej, obaj przekrzykujący się i do granic przewidywalni… Szkoda czasu.

Nawet najbardziej absurdalne pomysły – zaangażowanie wróżki Oriany, aby przewidywała rozwój sceny politycznej (to naprawdę trzeba zobaczyć – [LINK]) lub aktora z serialu „M jak miłość”, jednego z braci Mroczków, aby ten przewidział kurs franka w najbliższych tygodniach i zarekomendował rządowi, Radzie Polityki Pieniężnej, ministrowi finansów, Komisji Nadzoru Finansowego konkretne działania – także. Raczej śmieszą, u co lepiej wykształconej widowni powodują zażenowanie, generują komentarze o upadku dziennikarstwa, o inteligencji wydawców i odbiorców… Ale też przy takim dziennikarstwie i słabnącym państwie nawet największa afera i wiążące się z nią niegodne zachowania, łamanie prawa — to sprawa na kilka godzin uwagi opinii publicznej, bo już nie na kilka dni. Bez jakichkolwiek konsekwencji.

(Czyż zresztą jest jeszcze „opinia publiczna”? Choć definiuję problem jeszcze inaczej, niż Pierre Bourdieu. W epoce nowych mediów ważniejszym jest dla mnie pytanie: czymże jest „opinia publiczna”, gdy każdy z nas czerpie wiedzę o zdarzeniach z tak rozproszonych źródeł, z powolnym zanikiem wspólnego dla całej społeczności backgroundu…?)

Polityka przybrała dziś w głównych programach informacyjnych wyłącznie formę bejsbolowych opowiastek. Bejsbolowych — bo kołkiem ciosanych, topornych, wyjątkowo prymitywnych, ale przez to zrozumiałych dla masowej, jak najbardziej masowej widowni, powodujących już raczej zażenowanie niż niesmak. Opowiastek — bo polityka podawana jest w formule dobrze już rozpoznanej technologii marketingu narracyjnego, zapowiadanej i opisywanej przeze mnie kilka lat temu.

Z reprezentantami partii opozycyjnej nikt nie będzie próbował dyskutować na poziomie sporu programowego, jeśli sama partia generuje kompromitujące ją śmiesznostki do natychmiastowego wykorzystania. Wystarczy przecież radna poruszona parzącymi się w zoo osłami czy posłanka zamieniająca „świątynię demokracji” w barek szybkiej obsługi z sałatką w styropianowym opakowaniu, aby zrealizować przy tej okazji wszystkie „strategiczne cele ugrupowania” naraz:

–    poniżyć oponenta,

–    dostarczyć paliwa łączącego zwolenników,

–    zapewnić zrozumiałą dla wszystkich rozrywkę.

Daleki jestem od oskarżania mediów, dziennikarzy, jak lubią czynić politycy opozycji i związani z nimi czy też popierający ich dziennikarze. To naprawdę nie wina mediów, że posłanka nie potrafi zachować się w sali sejmowej, a radna, chcąc być może zwrócić na siebie uwagę, a być może jedynie nie rozumiejąc, że przekracza granicę śmieszności i działania na szkodę swej partii, zgłasza wniosek o separację dla parzących się osłów. Nie jest winą mediów, że kandydat na ważny urząd niewyćwiczony jest w sztuce uniku przy najbardziej nawet podchwytliwym czy natarczywym pytaniu.

Patrzę na okładki polskich tygodników: zadziwiają. Już nie: przerażają, nie: smucą, nie: powodują emocje. One zadziwiają. Zastanawiam się, kto może po nie sięgać. Z jednej strony toporne graficznie, słabej jakości zdjęcia, wielkie czcionki zbliżające ważne niegdyś dla polskiego dyskursu intelektualnego tytuły do tabloidów. Z okładkowymi bohaterami – przede mną okładka z Marylą Rodowicz i Włodzimierzem Cimoszewiczem – jakby od 20 lat nic się w Polsce nie zmieniło. Jakby nie było już nowych, fantastycznych Polek i Polaków. Jakby życie publiczne, na który składa się też pewnego rodzaju wir, zmiana, twórcze napięcie, rozwój – stanęło w miejscu.

Ale masy lubią te piosenki, które już słyszały. Masy rozumieją przekaz medialny na poziomie pohukiwania „umpa-lumpa-lumpasów”. Masy rozumieją, gdy polityk wyleje sobie kubeł zimnej wody na głowę, wyzwie drugiego. Masy klaszczą. Masy komentują. Masy przekazują dalej. Masy politykują. Masy się bawią.

Taka polityka prowadzi donikąd i stanowi gwarancję, że nic się nie zmieni.

Siedem lat temu, 26 września 2008 r., postawiłem tezę, że czeka nas jeszcze siedem lat rządów PO. Wówczas politolodzy, eksperci, publicyści przekonywali, że rząd Donalda Tuska wywróci się już za miesiąc, już na wiosnę, najpóźniej przed latem. Podawałem argumenty, dlaczego tak się nie stanie. Także argumenty dotyczące poziomu świadomości technologii marketingowych w partiach opozycyjnych pozostają w mocy. To niesamowite, ale tekst z 2008 r., wówczas tak wyśmiewany, pokazuje nam, jak bardzo polska polityka stoi w miejscu. I nic nie wskazuje na to, aby mogła nastąpić zmiana. Zresztą, proszę sięgnąć po tę analizę [LINK].

Dziś należałoby wydłużyć ówczesną gwarancję dla rządu kształtowanego przez środowisko Platformy Obywatelskiej. Już z większą zapewne niż dotąd rolą prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ale też — jeśli taka jest perspektywa działania — może warto zastanowić się, co może być efektem tak prowadzonej, bezpiecznej, bo z dużym horyzontem działania, polityki?

Jeśli mamy zapewnioną krajową, wewnętrzną polityczną stabilność, to jak ją wykorzystamy? Jaki mamy Wielki Plan, jaką Wielką Ideę, do czego nasze zdolności jesteśmy w stanie wykorzystać? Ale też pozbyłem się naiwności: Wielkie Idee i Wielkie Plany skończyły się w Europie wraz z uruchomieniem we Francji sieci TGV i rozbudową w Niemczech lotniska w Monachium.

Nie ma na kontynencie, w realnej polityce, mężów stanu formatu de Gaulle’a.Projekt europejski z Wielkiej Idei przepoczwarzył się w koncyliacyjną, niewadzącą nikomu, zbiurokratyzowaną paskudę. 

Szczytem naszych — Europejczyków — możliwości jest zbudowanie sieci ścieżek rowerowych, wypożyczalni miejskich velibów i wypromowanie jako symbolu nowoczesnej, otwartej Europy artysty transseksualnego. Aż tyle, czy tylko tyle?

Bezzębna Europa pokazała — i pokazuje wciąż — swą niemoc na Wschodzie. Nie mogąc choćby w jasny, zdecydowany sposób wyrazić swego stanowiska wobec zajęcia terytorium Ukrainy przez Rosję. A Władimir Putin posuwa się krok po kroku, realizując swój plan.

Od spraw z wysokiego diapazonu do spraw najmniejszych doskwiera brak idei, wartości, strategii, a nawet taktyki. W polityce nie wiemy ani dokąd idziemy, ani po co. Wyborcy i partyjne doły nie widzą powodu, aby głosować na taką czy inną partię, takiego czy innego kandydata, inaczej niż tylko po to, aby „nakopał tamtym na maksa”. Takim językiem od pewnego czasu zaczęły posługiwać się media, takim językiem posługują się nauczyciele i wykładowcy akademiccy. Także ci wykładający politologię i chętnie występujący w programach telewizyjnych — jakby nie zauważali, że komentowanie bieżącej polityki dawno już zaczęło obrażać ich wiedzę, doświadczenie, dorobek. Ich inteligencję. A jeśli nie ich, to ich słuchaczy i widzów.

W dyskusji o upadku uniwersytetów polecam przy okazji dwa głosy: Tomasza Aleksandrowicza „Uniwersytet czy szkoła zawodowa” [LINK] i Marka Kacprzaka „Fikcja wykształcenia. Fikcja studentów i uczelni. Fikcja polskiej nauki” [LINK].

W czasie moich studiów we Francji, w początkach lat 90., przetaczała się przez ten kraj dyskusja o tym, jak pojawienie się szybkich pociągów TGV zmienia kraj Gallów. Hurraoptymizm ustępować zaczął realizmowi: pojawienie się szybkiej kolei oznaczało zamykanie nierentownych połączeń kolejowych „od miasteczka do miasteczka”, a co za tym idzie, degenerację całych obszarów. Arystokracja rozumu zadziałała: przeanalizowano problem, serią decyzji uratowano francuski „interior”. Za chwilę podobny problem będziemy mieć w Polsce. Czy jesteśmy intelektualnie, argumentacyjnie, przygotowani do tej rozmowy? Kto ją przeprowadzi?

Czy jesteśmy intelektualnie, argumentacyjnie gotowi do rozmowy o skutkach coraz silniejszej ingerencji Google i innych koncernów nowych mediów w naszą prywatność? Prywatność traktowaną bardzo, bardzo szeroko. Czy jesteśmy pewni, że kampus tego czy innego koncernu świata nowych mediów w Polsce nie będzie przypominał rury wysysającej z naszego kraju tych, którzy stanowią najwartościowszą jego tkankę?

Czy znajdzie się w Polsce polityk, który zakwestionuje wielki sukces, jakim jest podobno umiejscowienie w naszym kraju, po protestach niemieckich związkowców, centrum dystrybucyjnego Amazona? Czy jesteśmy pewni, że ci, których wybieramy, podołają presji lobbyingowej, presji wpływu i przekonywania ze strony tych, którzy mają nieograniczone środki – i wchodzą w słabe, zdezintegrowane społeczności jak w masło?

Tracimy czas. Tracimy czas w polskiej polityce. W polityce bezzębności. W polityce błahostek, kilometrówek, sałatek, ośmiorniczek, dywanów, sesji zdjęciowych w okularach i bez, wizyt u numerolożek.

Każde przełączenie się z serii głównych programów informacyjnych polskich stacji telewizyjnych na dziennik France2 o godz. 20.00 jest jak przełączenie się na inny świat. Jak wzięcie oddechu. Jak przejście ze świata, w którym główne wydanie serwisu informacyjnego rozpoczyna kradzież traktora do świata, w którym rozpoczyna go relacja ze szczytu w Davos. Podobnie jak każde lądowanie w Warszawie po choćby kilku dniach spędzonych poza krajem. Przerażające, jak widzą nas ci, którzy z Polski wyjechali. I dlaczego wciąż nie spieszą się do powrotu. Jak tłumaczą swój – rosnący – dystans do tego, co w Polsce. Przeczytać warto: „Polska. Co zrobiliśmy z tym krajem. No, cholera, co?” [LINK].

Bez odpowiedzi na strategiczne pytania dotyczące Polski za lat kilkadziesiąt, pytania, które powinniśmy sobie postawić, nie będzie ani lepiej, ani mądrzej.

Ostatnio minister edukacji narodowej przeraziła się, gdy zauważyła, że jej córki nie stawiają ani kropek, ani przecinków, że nie znają znaków przestankowych. Dlaczego? Rozwiązanie tej akurat zagadki okazało się proste: uczniowie w szkole uczą się pisać w zeszytach ćwiczeń, w których wszystko już jest — i kropki i przecinki — czasami tylko brakuje jakiegoś wyrazu lub litery. Na tym polega dziś nauka. O liście lektur nie wspominając.

Ao co chodzi w polskiej polityce? Czy jest plan na przyszłość? Czy ktoś wie, dokąd i po co idziemy? Nie: co będzie za najbliższym zakrętem, nie: jak zwyciężyć najbliższe wybory juz w pierwszej turze, nie: jak ograć rządzących albo opozycję, ale jaka będzie Polska, gdy nasze dzieci będą miały tyle lat, co my teraz? 

Dobrze, że są jeszcze miejsca, w których takie pytania można postawić. I ludzie, którzy doczytali ten tekst do końca. Dziękuję.

Eryk Mistewicz

Tekst opublikowany w tygodniku opinii „Wszystko Co Najważniejsze” [LINK]