„Rzecz o zaufaniu”
Tygodnik Do Rzeczy

28/2014

Słucham w telewizorze Piotra Tymochowicza, który opowiada o swoim kliencie, o jego dylematach, rozterkach, problemach. Mówi całemu krajowi o tym, co mu doradził. Mówi, z czym klient do niego przyszedł. 

Niesamowite. Przecież bez zaufania w pracy doradczej nie może być mowy o jakimkolwiek działaniu. A takimi wypowiedziami niszczy się podstawę naszej pracy. Po co Piotr Tymochowicz to robi? Dla lansu, zdobycia nowych kontraktów i klientów – wątpię. Przecież nikt poważny mu po takich wypowiedziach nie zaufa. Przecież nie otworzy się przed nim, nie opowie o swoich problemach. Przecież nie będzie miał gwarancji tego, co w tym zawodzie najważniejsze – zaufania.

Zaufanie to dla mnie podstawa w pracy doradczej. Jeśli budujemy strategię, przygotowujemy wystąpienia publiczne, opracowujemy koncepcję kampanii, budujemy media własne dla klienta, przygotowujemy zabezpieczenie antykryzysowe, zawsze  podstawą jest zaufanie. Jeśli nie wiem, jakie zarzuty mogą być postawione klientowi, nie mogę przygotować strategii antykryzysowej. Bez zaufania – zaufania dwustronnego – praca nie będzie efektywna. To oczywistość. Dowód biznesowej, ale też życiowej dojrzałości.

Gdy ktoś bardzo chce poznać sekrety mojej pracy mówię wprost: za sto lat, wcześniej nie jest to możliwe. Sekret zawodowy jest dla mnie podstawą, stoi ponad wszelkimi innymi prawami, zasadami. Nie wyobrażam sobie, aby było inaczej.

Tak, pójdę aż do granic tego twierdzenia: żaden sąd i żadna instytucja nigdy nie jest w stanie wydusić ze mnie słowa na temat moich klientów, ich problemów, dylematów, rozważanych wariantów, rekomendowanych działań.

W mojej pracy chodzi bowiem nie tylko o stworzenie strategii marketingowej – najlepszej, jak tylko potrafię, najskuteczniejszej, jak to tylko możliwe. Także o jej aplikację, a to znaczy bycie wciąż przy kliencie, reagowanie na bieżąco na zmiany na rynku, w branży (jeśli dotyczy to klienta komercyjnego), na scenie politycznej (w przypadku polityków, osób publicznych), ale też praca z najbliższymi, rodziną, żoną, dziećmi. Nie tylko przygotowywanie wystąpień publicznych, budowanie własnych mediów i relacji, organizacja mitingów, ale także pełnienie roli powiernika, jednej z najbliższych osób, z którą może się skonsultować wierząc, że nie będę mówił tego, co chciałby usłyszeć, a co mówią mu wszyscy.

Bywa, że zaprzyjaźniając się z klientami poznaję ich tajemnice. Jakże mógłbym później o tym opowiadać? Nawet po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu latach? Przecież to nie tylko niezgodnie z podpisanymi umowami, ale też zwyczajnie, po ludzku – nieelegancko.

Bardzo nieelegancko. Mimo że – wydawałoby się – elementarz.

Eryk Mistewicz