„Radar Tuska na najwyższych obrotach”, Dziennik

24 marca 2009 r.

„PO jest pierwszą polską partią multiideową” – zauważa Eryk Mistewicz. „Znajdują się w niej Janusz Palikot z >>jestem gejem<<, jak i Ireneusz Raś organizujący dni modlitewnego skupienia w klasztorach, były szef >>Solidarności<< oraz szefowa kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego” – mówi DZIENNIKOWI. 

Radar Donalda Tuska wyszukał kolejną nadarzającą się okazję do wzmocnienia pozycji Platformy. Ugruntowania przesłania: kto tu rządzi, a kto jest tak słaby, że odchodzą od niego sympatycy, sojusznicy, a w rezultacie – być może z czasem – wyborcy. Tak mocny przekaz wizerunkowy osiągnie stosunkowo niewielkim kosztem. I to bynajmniej nie drogimi reklamami na billboardach i reklamówkami telewizyjnymi, o które wciąż tak zabiega PiS, ale strategią, pomyśleniem, wykorzystaniem nadarzającej się okazji: w przemyślany sposób kształtując listy kandydatów PO do Parlamentu Europejskiego. 

Donald Tusk nie organizuje prawyborów, z których niegdyś słynęła PO, bowiem niewiele wizerunkowego urobku by one przyniosły. Grupa wyborców, którym by to się spodobało, i tak będzie głosować na Platformę. Nie ma alternatywy. Donald Tusk nie czeka też na kandydatury zgłaszane przez regiony. Demokracja w partiach stała się już dawno mitem – i dotyczy to na równi PO, jak i PiS. Zamiast tego premier podporządkowuje kształtowanie list swojemu pomysłowi politycznemu. Zorientował się, jak wiele może w polityce krajowej osiągnąć dzięki wyborom do Parlamentu Europejskiego – jeszcze zanim kampania na dobre się zacznie. 

Najwyższą punktację na jego autorskiej liście zyskali bowiem nie wyjątkowi eksperci od spraw europejskich ani nawet lojalni i wypróbowani towarzysze drogi politycznej, ale ci kandydaci, którzy wprowadzają największy popłoch w obozach konkurencji. Nienowa to strategia. Już pierwszego dnia po wygranych przez Nicolasa Sarkozy’ego wyborach jego współpracownicy zaczęli testować bezpośrednie otoczenie konkurentki Segolene Royal. Najbliżsi jej towarzysze dostali propozycję przejścia do obozu zwycięstwa. Na stół położono miejsca w rządzie, na listach do Zgromadzenia Narodowego. 

Wzięto na cel nie tylko wysokich rangą polityków socjalistycznych, także np. symbole lewicy – merów dużych miast. Także innych poza socjalistami potencjalnych konkurentów: centrysty Francoisa Bayrou, który odebrał sporo głosów Sarkozy’emu w centrum, Zielonych, a nawet najbliższych współpracowników skrajnie prawicowego Jeana-Marie Le Pena. W dniach tuż po wyborach prezydenckich ekipa Sarkozy’ego starła na pył zaplecze Francois Bayrou (z 21 członków kierownictwa jego partii UDF wiernych mu zostało niespełna kilku). Naprędce stworzono satelicką partię wobec partii Sarkozy’ego, Nowe Centrum, do której przystąpili dawni stronnicy Bayrou. Kontrkandydata Sarkozy’ego najbardziej musiało zaboleć odejście jednego z politycznych przyjaciół, jego „bliźniaka” Herve’a Morina, który przeszedł do obozu zwycięzców z pełnymi honorami: przeznaczono dla niego stanowisko ministra obrony w rządzie Francois Fillona. Stosunkowo łatwo nastąpiło też przejęcie części aktywów Le Pena. 

Nie gorsze efekty uzyskano na lewicy. Rząd stworzony przez Sarkozy’ego zyskał w swoich szeregach autora pierwszego programu gospodarczego Segolene Royal – Erica Bessona, symbol lewicy Bernarda Kouchnera, który został szefem dyplomacji, Jeana-Pierre’a Jouyeta – ministra ds. europejskich, a w zapleczu rządu wielu innych. Jedyny liczący się poważniejszy gracz w obozie socjalistów, kontrkandydat Segolene Royal w wyścigu do prezydentury, Dominique Strauss-Kahn otrzymał od Sarkozy’ego propozycję objęcia prezesury Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Minister gospodarki, finansów i przemysłu w rządzie Lionela Jospina propozycję przyjął i świetnie sobie radzi na tym stanowisku. Osiągnięto wizerunkowy sukces. 

Ekipa Sarkozy’ego po pierwsze pokazała, że dawne podziały polityczne i etykietki partyjne nie mogą zaburzać chęci pracy dla kraju; nie jest partią stworzoną dla międzypartyjnych swarów z przeszłości, ale dla wspólnego rozwiązywania problemów w przyszłości. Po drugie, unaoczniła słabość opozycji, której tak ważni politycy rejterują na pokład zwycięzców, tylko tam widząc szansę realizowania się w nowoczesnej polityce – i jest tam dla nich miejsce. 

Po trzecie wreszcie, kompletnie rozbiła struktury ugrupowań opozycyjnych i ich wiarę w odzyskanie pola. Jarosław Kaczyński mówi dziś, że to, co robi Donald Tusk – umieszczając na honorowym miejscu listy wyborczej PO do Parlamentu Europejskiego Danutę Huebner, szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, i przynależnego prawicy Mariana Krzaklewskiego, nie mówiąc już o poparciu premiera rządu SLD Włodzimierza Cimoszewicza na stanowisko sekretarza Rady Europy – to nie jest już polityka. „Mamy do czynienia z nową jakością polityczną, tzn. z taką formacją, gdzie kwestie programowe, ideowe, biograficzne nie mają żadnego znaczenia” – mówi prezes PiS. Ma rację. I zapewne kolejne nazwiska, które mają prawo pojawić się w najbliższych dniach, jeszcze bardziej ugruntują jego pogląd. 

Platforma Obywatelska jest dziś pierwszą polską partią multiideową. Bez problemu znajduje się w niej miejsce i dla posła Janusza Palikota – „jestem z SLD, jestem gejem” – i dla posła Ireneusza Rasia organizującego dni modlitewnego skupienia w podkrakowskich klasztorach. Dla byłego szefa „Solidarności” i byłej szefowej kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego. Kwestie ideowe schodzą na plan dalszy. Mathieu Laine w wydanej przed kilkoma tygodniami we Francji „Postpolityce” („Post politique”, Ed.Lattes) zauważa, że polityka, którą znamy, powoli zamiera. „Prawo zagubiło się w detalach. Idee zeszły ze sceny, ustępując miejsca pragmatyzmowi i medialnym wydarzeniom na krótko przykuwającym uwagę widzów. Konkurencja, rynek, globalizacja, instytucje międzynarodowe, Europa – wszystko to sprawia, że polityka pozbawiona środków nie jest już tym, czym była” – pisze Mathieu Laine. Sprawowanie władzy przez rządzących i władzy tej wyszarpywanie przez opozycję w dużym stopniu zostało w Europie podporządkowane prawidłom politycznego marketingu, szczególnie wyjątkowo skutecznym technikom, które nazywam marketingiem narracyjnym. Podziały mocno osadzone w sporach rodem z XIX wieku przestają dziś bowiem przykuwać uwagę widzów – potencjalnych wyborców. Gorzej – w ogóle przestają zajmować ich uwagę.

Podziały na lewicę i prawicę, liberałów i konserwatystów, stały się anachroniczne. Zauważa to coraz więcej środowisk w polityce europejskiej. Nie dziwi więc, że lewica eksploruje hasła tożsamości i patriotyzmu, intonuje hymn w miejsce „Międzynarodówki”, wywiesza flagi narodowe, chowając z niejakim wstydem czerwone sztandary. Z kolei prawica mówi o społecznej wrażliwości i wartości pracy, a na swoich herosów wybiera związkowców. Partie radykalne zanikają. W ostatniej „Frondzie” w szkicu o postpolityce pytam: „A jeśli tak, jeśli wszystkie partie głoszą z grubsza to samo, mają podobny program i tożsame idee, to co właściwie w polityce jest ważne? Różnice są takie jak między Coca-Colą a Pepsi? A więc wizerunek, ułuda, miraż? I jeśli już, to konieczność wykończenia jednej firmy przez drugą?”. Podbieraniem zawodników w przerwie meczu – z drużyn z prawej i z lewej – metodami twardymi i bezwzględnymi rysuje dziś Donald Tusk po raz kolejny scenę polityczną, redefiniując jej granice. Nie wynika to jednak wyłącznie z prymitywnej chęci pogrążenia przeciwnika (niczym w swoim czasie zaproszenie Nelli Rokity na listę PiS), ale jest elementem strategii zapewniającej Platformie stałą konkurencyjną przewagę. Warunki batalii trwającej już kilkanaście miesięcy rozgrywane są bowiem wciąż pod dyktando ekipy Donalda Tuska. 

Premier – ku przerażeniu PiS – przejmuje od partii Kaczyńskich elementy ikonografii patriotycznej. Korzystając z metod marketingu narracyjnego, sprawnie organizuje przestrzeń debaty publicznej. Bagatelizując zaczepki lewicy czy skrajnej prawicy, za swego jedynego sparingpartnera wybiera PiS, pokazując tym samym, że myślenie strategiczne nie jest mu obce. Dzięki wizerunkowi ministra Jana Rostowskiego, wizerunkowi spokojnego, budzącego zaufanie angielskiego lorda, przechodzić zaczyna też ta ekipa bez większych strat przez pierwszą fazę turbulencji na rynkach finansowych. Bez rozgłosu dymisjonuje wiceministra, który próbował grać wewnątrz drużyny. Sprawnie omija też rafy, które powiązałyby jego ekipę z korupcjogennym lobbingiem próbującym wykorzystać kryzys do ograniczania konkurencji. 

Radar Donalda Tuska działa na najwyższych obrotach. Jarosław Kaczyński w tym czasie próbuje dokształcać swoją ekipę na kursach z klasyki erystyki i retoryki. Z wtorku na środę narzuca twardą decyzję klubowi: od teraz będziemy niczym aniołki. Spore pieniądze wydaje nie tyle na myślenie strategiczne, ile na billboardy i reklamówki telewizyjne, w których Warszawę ogląda odgrodzony szybą dobrego auta. Zakłada konto w banku i zamawia książki przez internet, jakbyśmy byli w roku 2003. Eksperymentuje i – wraz ze swymi spin doktorami – traci czas. Nie do końca wiedząc, jak zmierzyć się z rządami Platformy. 

Cicho protestuje, że to już nie jest polityka. No, jakże to, partia multiideowa? Przecież coś takiego nie ma prawa istnieć. Teza o pięciu, sześciu latach dzielących ekipy PO i PiS w stosowanych technikach marketingu politycznego, w zarządzaniu przestrzenią polskiej polityki, jest więc wciąż nad wyraz aktualna.


Eryk Mistewicz, konsultant polityczny