„Nie można ubrać związkowca we frak”, Polska

22 września 2008 r.

Z Erykiem Mistewiczem, specjalistą od marketingu politycznego, rozmawia Anna Gronczewska

Podoba się Panu, że działacze związkowi z „Solidarności” zapisują się na kursy mające poprawić ich wizerunek? 
Wcale mnie to nie dziwi. Przecież nawet sportowcy muszą nie tylko osiągać dobre wyniki, ale też dobrze się sprzedać. Profesorowie nie tylko piszą książki, ale dbają, by się odpowiednio zaprezentować. Także związkowcy, oprócz obrony praw pracowniczych, powinni dbać o wizerunek związku. To całkiem naturalne. Tak więc w żaden sposób mnie to nie dziwi, a nawet po trosze cieszy. Jeśli szkolenie będzie profesjonalne, możliwe że związkowcy będą po nim negocjować z przedsiębiorcami czy administracją jak równy z równym. 

Teraz nie rozmawiają jak równy z równym? 
Ludzie biznesu, z dużych i mniejszych korporacji, biorą udział w kursach negocjacyjnych i wizerunkowych, uczą się, jak rozmawiać z ludźmi, jak ich przekonywać do swoich racji. Na podobnych kursach wiele godzin spędzają urzędnicy z administracji. Natomiast mam wrażenie, że związkowcy zatrzymali się pod tym względem gdzieś w połowie lat 90. 

Ale czy elokwentny związkowiec w garniturze będzie przekonujący dla członków związku? 
Nie, bo stanie się nieautentyczny. Dlatego szkolenie powinno wesprzeć te elementy wizerunku i zachowania, które są u działaczy naturalne. Liderzy związkowi muszą przecież ostro negocjować, podobnie jak robią to ich koledzy w Niemczech czy Francji. Tam związkowcy zachowują się w sposób twardy, zadziorny, ale jednocześnie są skuteczni. Nie można ubrać związkowca we frak. 

Gdyby 28 lat temu Lech Wałęsa i jego koledzy z „Solidarności” byli już po takich szkoleniach i stali się bardziej „wizerunkowi”, zapewne nie doszłoby do Sierpnia ’80… 
Tu się zgadzam. Ale proszę zwrócić uwagę, że związkowcy szukają swojej tożsamości. Parę dni temu sparaliżowali Warszawę, ale poza przekazem, że przyjechało ich kilkanaście tysięcy, do opinii publicznej nie przedostał się jakikolwiek sensowny postulat, a także wiedza o tym, że dzięki wstąpieniu do związku zawodowego możemy lepiej bronić swoich praw pracowniczych, że związkowcy są skuteczni. W społecznym odbiorze nie funkcjonuje opowieść o skutecznym działaniu związków zawodowych po 1989 roku. Wszystko, co działo się w relacjach pracownik – pracodawca, działo się poza jakimkolwiek wpływem związków zawodowych. 

Tak Pan uważa? 
Tak, ponieważ związkowcy nie potrafili o tym opowiedzieć. Pracodawcy twierdzili, że zrobili na szaro związki zawodowe w komisji trójstronnej, że mamy rynek pracodawcy, a nie pracownika. A związki, słysząc to, kładły uszy po sobie. Jedyne przykłady działania w obronie praw pracowniczych były działaniami indywidualnymi, jak w przypadku pracownicy Biedronki. Dlatego szkolenia działaczy związkowych powinny skupić się na tym, jak opowiadać o sukcesie. W tym przekazie musi być zawarte przekonanie, że związki wywalczyły coś dla pracowników najemnych. Że bronią ich skutecznie niezależnie od tego, czy pracują w korporacjach, czy w małych firmach. Obecnie takiego przekazu nie ma. 

A może poprawa wizerunku działaczy ma za zadanie ściągnąć do związku nowych członków? 
Jeżeli kandydaci na członków związku zobaczą człowieka w garniturze, pod krawatem, który mówi do nich jak po kursie Amwaya, to on niczego nie wskóra. Gładko się wypowiadający, nienaturalnie ubrany będzie tylko politykiem, który mówi to, co ludzie chcą usłyszeć. W przypadku związkowca to nie jest recepta na sukces. Ale jeśli będzie to człowiek z sukcesem, który potrafił coś wywalczyć i umie o tym opowiedzieć, przyciągnie ludzi.