„Premier każdy problem przedstawi jak sukces”, Polska

23 kwietnia 2008 r.

Z Erykiem Mistewiczem, specjalistą od wizerunku, rozmawia Marek Pielach.

PO i premiera Donalda Tuska po roku popiera ponad połowa Polaków. Skąd tak dobre notowania? 
Przypomnę, z jakim westernem mieliśmy do czynienia wcześniej, z jaką strzelaniną. I wtedy pojawiła się opowieść PO o spokoju i cudach oparta na prawach dobrego filmu. Sprawdziły się te prawa budowania wizerunku, które mówią, że zwyciężają ci, którzy sprawniej zamienią politykę w dobrze opowiedzianą fabułę. 

Czyli wystarczyło to, że Platforma nie jest PiS? 
Nie. Ale też PiS ułatwiał Platformie zadanie. Nie był w stanie przedstawić konkurencyjnej opowieści. Nie akceptował, że odbyły się jakieś wybory, nie mówiąc już o ich wyniku. PO długo wzmacniała słabość PiS i zniknięcie lewicy. 

Popularność PO może brać się również z tego, że nic nie robi i nie narusza niczyich interesów. 
To raczej moc spokoju. Autostrady da się wybudować na dwa sposoby. Można wysłać żołnierzy z karabinami, którzy uklepią jakąś drogę. Albo metodą o wiele mniej medialną – zmieniając prawo tak, aby wywłaszczać pod autostrady, nie czekając na wynik ewentualnego procesu? 

Sugeruje Pan, że rząd Tuska robił coś oprócz dobrego wrażenia? 
Tak. Podwyżka dla nauczycieli rozpisana na dwa kolejne lata dochodzi do 33,7 proc. Nie jest mirażem 600 „boisk Drzewieckiego”. Powstało studium wykonalności „Tusk Grand Vitesse”, polskiego TGV. Jest ustawa o premiach gwarancyjnych, 400 mln zł trafia więc na rynek budowlany. Jest wreszcie blisko 40-procentowy spadek cen połączeń telekomunikacji wymuszony skuteczną walką z monopolistą. To oczywiście po części zasługa Anny Streżyńskiej, prezes UKE, powołanej przez rząd Marcinkiewicza. 

Gdyby jednak rząd Tuska był takim rządem, jak przedstawiają go przeciwnicy, dymisja prezes UKE zajęłaby pięć minut. Tymczasem premier mimo nacisku monopolu stanął po stronie ludzi, którzy nie chcą płacić cen z kosmosu za rozmowy i dostęp do internetu. Obronił też przyzwoitość w negocjacjach przy budowie autostrad. Potężnym lobby nie udało się odwołać ministra Grabarczyka. A Grzegorz Schetyna wreszcie z głową dokończył reformę samorządów. 

Przyzna Pan, że to drobiazgi w porównaniu z zapowiedziami podatku liniowego, budżetu zadaniowego itd. 
W ciągu roku? Nawet jeśli, to sondaże, o które pan pyta, są raczej wynikiem dobrej narracji. I tego, że konkurenci nie wiedzą, jak wejść na to boisko, nie mówiąc już o przejęciu piłki. Pytanie „Gdzie jest budżet zadaniowy?” porusza, przepraszam, niewielu. 

Jak długo utrzyma się popularność tej formacji? 
Nie zdziwię się, jeśli rząd PO przetrwa tę i następną kadencję. Także dlatego, że każde zagrożenie może przedstawić poprzez emocjonującą narrację. 

Każde? Jak można stworzyć fascynującą narrację o tym, że Polacy tracą pracę, prąd może być droższy o 100 proc. a Euro 2012 może być nam odebrane? 
Choćby przedstawiając raport otwarcia o tym, co zastał rząd w energetyce. Zaś jeśli chodzi o Euro 2012, może lepiej, aby Polska pokazała swoją dumę i na przekór Listkiewiczom, Blatterom, sędziom Webbom i różnym skorumpowanym złym ludziom przeznaczyła pieniądze na małe boiska dla naszych dzieci? 

Kryzysu finansowego nie da się zwalić na poprzedników. 
Tylko komu ludzie uwierzą – temu, kto nie ma konta bankowego i pieniądze trzyma u mamy, czy temu, kto wśród najbliższych współpracowników ma tak świetnych ekonomistów? 

Czyli rządowi PO może zaszkodzić tylko to, że Polacy się znudzą tym spokojem? 
Rzecz w tym, że dostają takie emocje, jakich potrzebują. Kiedy okazało się, że układowi sił może zagrozić nowe ugrupowanie – Polska XXI – rozpętano aferę samolotowo-krzesełkową. Premier sprawnie podał rękę braciom Kaczyńskim, zaprosił na ring. Zaserwowano to, co tak lubimy: zrozumiałe dla nas bardziej niż zawiłości traktatu lizbońskiego czyste żywe emocje: kto gdzie usiądzie, czy będzie miał przepustkę, czy będzie krzesełko. 

Bo też każdy dobry film jest mieszanką gatunków i emocji – jest złość, zdrada, elementy komedii i farsy. I jeżeli sprawnie się tym wszystkim operuje, ludzie chcą jeszcze i jeszcze, kolejnego odcinka – kolejnej kadencji w tym samym składzie. Chyba że w kinie obok pojawi się jeszcze lepszy film… 

To w jakim filmie powinni wystąpić bracia Kaczyńscy? 
Takim, po którym ludzie mówiliby: „Jarek jest wporzo”.