„Spór o samolot jest jak kastrowanie pedofilów”, Polska

13 października 2008 r.

Z Erykiem Mistewiczem, specjalistą ds. kreowania wizerunku, o tym kto ma rację w sporze prezydent-premier, rozmawia Paulina Nowosielska-Kucharska

Prezydent kłóci się z premierem o wizytę w Brukseli. Jeden Pan chce pojechać, drugi nie chce ustąpić. Jak to wpływa na wizerunek Polski? 
Świat nie interesuje się tą sytuacją, podobnie jak nie interesuje się Polską. Na tym konflikcie zyskają zaś obydwie strony. Podgrzewanie emocji i zaostrzanie tej sytuacji służy obu stronom – i PiS, i PO – i zapobiega pojawieniu się konkurencji wobec tej dwójki. 

Prezydent i premier wzmacniają swój wizerunek, kłócąc się jak dzieci? 
Coż, w ten sposób zarówno PiS, jak i PO sprawnie skupiły uwagę mediów i opinii publicznej, rozbudziły emocje tak, że większość odbiorców musi się odpowiedzieć po którejś ze stron. Nie ma odpowiedzi neutralnej. Nie można też powiedzieć, że się o tym konflikcie nie słyszało. To działanie zgodne z tym, co nazywam marketingiem narracyjnym, a co powoduje zamianę odbiorcy tej zasłyszanej informacji w żołnierza danej sprawy. Nawet jeśli wcześniej nie interesował się aktywnie polityką. Prezydent i premier kłócą się jak dzieci, bo to budzi emocje i wzmacnia ich obu 

Dlatego z błahych powodów grozi się drugiej stronie Trybunałem Konstytucyjnym? 
To są argumenty czysto emocjonalne. One są najłatwiej zrozumiałe dla odbiorców. Proszę zobaczyć, że pod tym względem ten spór przypomina kłótnię o to, czy PZPN powinien ustąpić, czy nie, czy pedofile powinni być kastrowani chemicznie, czy powinno się palić w miejscach publicznych, a dzieci karać klapsem itd. To wszystko jest zrozumiałe dla przeciętnego Polaka. Tak jak pytanie, które tu dostajemy: Czy lepszy jest Donald Tusk, czy lepszy jest Lech Kaczyński? 

Czyli to nie polityka, ale zwykła personalna przepychanka? 
Nie. To jednak polityka, tylko realizowana narzędziami, jakie się teraz na świecie stosuje. 

Obserwował Pan gdzieś podobny spór – kto ma wsiąść do samolotu? 
Proszę zobaczyć całą technikę stosowaną przez Berlusconiego, proszę zobaczyć, o co toczą się spory we Francji, jakim językiem i w jaki sposób. Proszę też zwrócić uwagę, jak uprawiana jest polska polityka na poziomie lokalnym. Przecież ten sposób podziału sceny politycznej mechanizmami narracyjnymi schodzi teraz na dół. 

Polityka schodzi na psy? 
Nie. Chodzi tylko o rozbudzenie jak największych emocji, a co za tym idzie – zainteresowania rzesz ludzi. Takie techniki doprowadziły do 86-procentowego frekwencji w ostatnich wyborach we Francji, a nie można powiedzieć, żeby Francuzi bardziej niż Polacy interesowali się polityką. Jeszcze niedawno, pięć, dziesięć lat temu, to wszystko było kuchnią polityki, do której nie mieliśmy wstępu. Teraz cały ten polityczny show dzieje się na naszych oczach i znakomicie zwiększa zainteresowanie ludzi i frekwencję wyborczą. 

Czyli wszystkie chwyty są dozwolone? 
Oczywiście, że nie. Marketing narracyjny to nie operowanie kłamstwem, ale atrakcyjnymi opowieściami. Zresztą jeśli najbardziej polityczna gazeta w tym kraju musi dodawać nóż do swojego nakładu, żeby podgrzać atmosferę, to nie dziwmy się, że i politycy się tak zachowują. 

Czy przepychanka o miejsce w samolocie nie zniechęci Polaków? Widzimy przecież, że jest kryzys finansowy, że padają stocznie, a na szczycie w Brukseli będzie dyskusja o pakiecie klimatycznym. Tymczasem politycy zajmują się błahostkami… 
Nie zgodzę się z pani oceną sytuacji. To nie jest tak, że przeciętny Polak czyta do poduszki traktat lizboński. W dodatku 96 proc. ludzi jest w pierwszej grupie podatkowej i ich spadki indeksów giełdowych też fascynują. Życie w przekonaniu, że polityk powinien się komunikować z elitami, a te elity wytłumaczą zwykłym ludziom, co mają robić, jest przeżytkiem. Dziś wygrywa ten, kto opowie zwykłym ludziom dobrą, wciągającą historię. Tyczy się to również kryzysu finansowego i traktatu lizbońskiego, który Irlandczycy odrzucili, bo nie słyszeli o nim żadnej dobrej opowieści.