„Skradzione sztandary braci Kaczyńskich”, Rzeczpospolita

07 kwietnia 2009 r.

 

Donald Tusk w ciągu zaledwie roku przejął pełen zestaw wizerunkowych symboli braci Kaczyńskich. Można powiedzieć: przejął totemy PiS – pisze specjalista od marketingu politycznego 

Patriotyzm, solidaryzm, walka z korupcją stanowiły do niedawna zbiór elementów, których – jak się wydawało – nikt poza liderami Prawa i Sprawiedliwości nie miał prawa użyć. Ale jeśli totemów się nie pilnuje, nie można narzekać, że są przejmowane. Klasyka politycznego marketingu. 

Patriotyzm 
Patriotyzm przestał być bowiem wyłącznym kapitałem prawicy, a po patriotyczne narracje sięgają dziś w świecie liberałowie, socjaliści, a nawet lewacy. Chowają czerwone flagi, wzywając do wywieszania flag narodowych. Deklarują ograniczanie praw imigrantów. Ku przerażeniu skrajnej prawicy tracącej w ten sposób dorobek budowany przez dziesięciolecia. 
Dziś Donald Tusk uznawany jest za większego patriotę niż Jarosław Kaczyński (badania PBS z grudnia 2008 r.). W odczuciu Polaków stał się skuteczniejszym od poprzednika liderem Polski dbającym o narodową tożsamość, historię, honor i pozycję kraju na scenie międzynarodowej. 
Przy okazji każdego otwieranego Orlika powtarza: „Prawdziwi polscy patrioci uczą swoje dzieci grać w piłkę”. Patriotyzmem inkrustuje wystąpienia. „Nikt nie dał panu monopolu na patriotyzm i prawdę” – mówi do prezesa PiS, broniąc Władysława Bartoszewskiego. Podobnych słów używa w obronie Lecha Wałęsy. Nawet spór o Instytut Pamięci Narodowej Donald Tusk wykorzystuje do powiedzenia, jak ważne dla niego są wartości patriotyczne i polska historia. 
Donald Tusk nie przepuścił też okazji do zaapelowania do PiS – przy okazji wyboru szefa NATO – o nieprzeszkadzanie w budowaniu pozycji Polski na arenie międzynarodowej. 
A warto przypomnieć, co obecny premier napisał na ten sam temat w 1989 roku. „Polskość wywołuje u mnie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnie ochoty dźwigać…” – stwierdził w ankiecie przeprowadzanej w 1987 r. przez „Znak”. 
Dawne to dzieje. Dziś nawet prezydent Lech Kaczyński potwierdził to, co mówią sondaże, i przyznał: „premier Tusk jest dobrym patriotą”. Pośrednio potwierdzając, że sztandar patriotyzmu przestał być własnością braci Kaczyńskich. 

Społeczny solidaryzm 
Podział na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną” był szczytowym osiągnięciem strategów Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas Platforma na początku nie dostrzegała zabójczej dla niej strategii, później nie rozumiała jej długofalowych skutków, na koniec zaś nie była w stanie sprostać intelektualnemu – i marketingowemu – wyzwaniu. Widać jednak, że przyczyny porażki 2005 roku zostały przez Donalda Tuska poddane profesjonalnej analizie. Jeśli spin doktorzy PiS z braku lepszych pomysłów wrócą do podziałów z 2005 r., Platforma musi być utożsamiana z mitem Polski solidarnej. Stać pewnie po tej stronie, po której stała „Solidarność”. 
A czyż jest lepszy symbol Polski solidarnej od Lecha Wałęsy? Symbol „Solidarności” został dokooptowany do drużyny Platformy, a jego syn znalazł się na jej listach wyborczych, także w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Im silniejsze ataki kierowane są na Lecha Wałęsę, tym głośniej broni go Donald Tusk. 
Jeszcze niedawno jednym z postulatów polskich liberałów było „ograniczanie związkowego motłochu”. Dziś, co wzmacnia tezę o przejęciu przez ekipę Platformy sztandarów Polski solidarnej, honorowe pierwsze miejsce w wyborach do Parlamentu Europejskiego na Podkarpaciu zaproponowano związkowcowi wszech czasów – Marianowi Krzaklewskiemu. 
Premier nie znajduje już czasu na publiczne pokazywanie się z bankowcami, na co narzekał ostatnio Jan Krzysztof Bielecki. Woli wspólne konferencje z Michałem Bonim, symbolem profesjonalnego rozwiązywania problemów społecznych, i z Jolantą Fedak, minister pracy i polityki społecznej, powtarzającą, że szczególnie w kryzysie musimy być… solidarni. Słowo to powraca dziś zresztą w każdej publicznej wypowiedzi szefa rządu. 
Ekipa Tuska przejęła najważniejszy element, na którym opierał się polityczny kręgosłup PiS. Kto bowiem ma dziś w swoich szeregach najbardziej znanych związkowców i szanuje ich prawa, kto broni symbolu „Solidarności” – Lecha Wałęsy, kto pochyla się nad ludźmi pracy, jest z nimi solidarny, rozwiązując ich problemy? 

Walka z korupcją 
Sztandar walki z korupcją to – według wszystkich badań – creme de la creme wizerunkowej tożsamości Prawa i Sprawiedliwości. Niesiony wysoko, z przekonaniem monopolu na rację. 
Ostatnie miesiące pokazują, że Donald Tusk nie uznaje tego monopolu. Przede wszystkim jednak nie chce się zapisać w najnowszej historii Polski jako lider kolejnej po 1989 r. formacji, która straciła w polityce wszystko, wikłając się w spełnianie oczekiwań gospodarczego establishmentu. 
Farsa, jaką było powołanie pełnomocniczki rządu ds. walki z korupcją, to już przeszłość. Premier mianuje ministra sprawiedliwości wbrew środowiskom uwielbiającym kreować scenę publiczną. Pozbawia absolutnie jakiegokolwiek wpływu (w realnej polityce) senatora Tomasza Misiaka. Odwołuje londyńskie spotkanie Aleksandra Grada z szefostwem Goldman Sachs. 
Idzie dalej niż Jarosław Kaczyński: nakazuje przygotowanie nowelizacji ustawy o lobbingu, a przy okazji wzmacnia CBA i ABW, a nie – jak liczył na to establishment – osłabia. Wprowadza – co nie udało się PiS – bijącą w koncerny farmaceutyczne transparentność w tworzeniu list leków refundowanych. Podejmuje też decyzję o wstrzymaniu prywatyzacji Polmosów w Bielsku -Białej i Józefowie, bo najwyższą cenę za nie dał… ojciec posła Platformy. Chodzi o ważny przekaz dla opinii publicznej: Donald Tusk wypala korupcję żelazem. 
Ale czy premier tak na poważnie? – pytają szefowie firm, dla których hasło „Zmień kraj, pójdź na wybory” było gwarantowaną inwestycją. „Telekomunikacja daje 20 mln zł za głowę Streżyńskiej” – to tytuł z „Parkietu”, poważnego tytułu giełdowego. Dla zachowania monopolu na rynku telekomunikacyjnym i zmiany prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anny Streżyńskiej przygotowano już nawet w Sejmie i Senacie stosowną nowelizację ustawy skracającą jej kadencję. Donald Tusk interweniował: pochwalił prezes UKE, dzięki której Polacy płacą dziś o połowę mniej za rozmowy telefoniczne. Nie tylko nie zwolnił Streżyńskiej, ale wręcz otoczył ją antylobbingową tarczą. 
Jeśli Donald Tusk wykorzysta czas kryzysu na rozprawienie się ze zwiększającą koszty działania firm i zaburzającą rynkową konkurencję korupcją, nie tylko przejmie najważniejszy sztandar PiS, ale też wzmocni swą naturalną bazę wyborczą: wciąż cherlawą klasę średnią. Podział nitki budowanej autostrady na pięć odcinków, uwolnienie telekomunikacji od dyktatu monopolisty, a nawet część prac komisji „Przyjazne państwo” zwiększa szanse mniejszych firm. 
Aby wejście w życie podobnych rozwiązań było możliwe, premier nie może być jednak zakładnikiem wielkiego biznesu i dużych grup medialnych. Musi skomunikować się z wyborcą bezpośrednio. Temu służą działania jego story spinnersów generujących na każdy dzień ciekawą historię, jakby wyjętą wprost z podręczników marketingu narracyjnego. I im większa jest dziś presja: Tusku musisz! (zwolnić Streżyńską, przywrócić Ćwiąkalskiego, wyrzucić Krzaklewskiego, zlikwidować IPN – itd.), tym bardziej zdecydowana jest postawa premiera. Postawa budująca z czasem wizerunek nowego bezkompromisowego szeryfa. 

Co zostanie Kaczyńskim? 
Spin doktorzy PiS – Adam Bielan i Michał Kamiński – zajęci własnymi kampaniami do Parlamentu Europejskiego nie dostrzegają zagrożenia. Nie zastanawiają się, jaki będzie skutek odebrania Prawu i Sprawiedliwości jego wizerunkowej tożsamości. Nie rozważają, co PiS napisze na billboardach w kolejnych wyborach – prezydenckich i parlamentarnych. 
A dla PiS to pytanie zasadnicze: co pozostanie braciom Kaczyńskim, jeśli patriotyzm, solidaryzm społeczny i walka z korupcją staną się symbolami Platformy Obywatelskiej? 

Eryk Mistewicz

Autor jest konsultantem politycznym, specjalistą ds. marketingu politycznego