„Grzegorz Schetyna wyłącza światło”, Uważam Rze

7/2011

 

Kryzys instytucji, zredukowanie parlamentu i rządząca polityką TVN24 nie są specyficzne tylko dla Polski. To norma czasów postpolityki.

„Niech pan się przedstawi” – takie słowa skierowane do lidera największej partii w polskim parlamencie, przewodniczącego Klubu Parlamentarnego Platforma Obywatelska, na scenie największej imprezy grupującej świat mediów Balu Dziennikarzy, najlepiej ukazują miejsce, w którym znalazł się parlamentaryzm.

Jeśli dziennikarze nie rozpoznają szefa największego klubu politycznego w parlamencie, to znaczy, że do niczego nie jest on im już potrzebny; że to, co może im zaproponować, przestało być już ważne. Nie może być on już nawet dostarczycielem poważnych, ekskluzywnych „newsów”. Cóż zresztą za „newsy” mógłby mieć w swoim wyłącznym władaniu szef Klubu Parlamentarnego, choćby największego? Dziś przecież – z czego podświadomie zaczynają sobie zdawać sprawę dziennikarze – polityka toczy się już nie tylko w parlamencie. Nie w parlamencie  zapadają najważniejsze decyzje. Nie tam  wykuwają się porywające (albo jakiekolwiek) idee.  Nie tam promowani są nowi liderzy sceny.

Dobrze to widzą i czują parlamentarzyści. Frustracja – nie tylko tych z ostatnich ław –  jest porażająca. Elita elit, wybrańcy narodu, czują, że tracą najlepsze lata zawodowej aktywności. Gdy byli lekarzami, leczyli ludzi; gdy siedzą na Wiejskiej, tracą fach w rękach, cofają się w rozwoju. Startowali w wyborach przekonani, ich wiedza będzie przyda się w tworzeniu lepszego prawa. Gdy trafiają do parlamentu okazuje się, że nie ma miejsc w komisji zdrowia. Inni są godniejsi, bliżsi liderom. Jeśli mimo to trafią do komisji zgodnej ze swoim przygotowaniem, okazuje się, że nie ma też żadnej potrzeby, aby zmieniali treść rządowych przedłożeń w parlamencie (jeśli są z partii aktualnie rządzącej). Ani ułatwiali rządzącym pracę korygując ich błędy ( jeśli są z partii będącej w opozycji).

Rola posłów sprowadzona zostaje do naciskania synchronicznie czerwonych lub zielonych przycisków, a jeśli się pomylą – potulne poddanie się karze. Przechodzą trening podobny w ich mniemaniu tresurze człekokształtnych. Odreagowują zaś tak, jak odreagowują zdrowi mężczyźni skoszarowani na niewielkim obszarze. Co nie szokuje już nawet ani redaktorów ani czytelników tabloidów.

Praca wybranych reprezentantów narodu traci zupełnie sens, gdy uświadamiają sobie, że 80 proc. ustaw w procesie legislacyjnym jest de facto translacją dokumentów napływających z Brukseli, realizacją zobowiązań unijnych. Poprawki nie wydają się możliwe do wprowadzenia. Aż po głosowanie kuriozalnych przepisów i rozlegających się co kilka posiedzeń pytań „co żeśmy tak właściwie – … – przegłosowali?”.

Filozof Daniel Bougnoux, autor „La crise de la representation” („Kryzys demokracji reprezentatywnej”), chętnie cytuje Nicolasa Sarkozyego: „Batalie polityczne są już przede wszystkim bataliami w mediach. Komunikacja jest w akcji tym, czym lotnictwo dla piechoty. Lotnictwo sprawia, że piechota może przejść. Tylko wtedy, gdy wygra się batalię komunikacyjną, można iść dalej”.

Sejmem, miejscem sporów i debat, stały się dziś stacje telewizyjne – ze stacją nr. 1 świata polskiej polityki czyli TVN24. O jej sile łatwo się przekonać wchodząc do jakiegokolwiek gabinetu członka rządu, ministra prezydenckiej kancelarii czy lidera opozycji. TVN24 włączona od rana do wieczora nie jest już przełączana nawet na wyznaczające przed laty hierarchię miejsca w polityce Wiadomości o 19.30. To wydawcy TVN24 niczym ekskluzywny „screening committe” wyszukują polityków mających zdolność zdobycia i przytrzymania widowni, w jak najciekawszy sposób opowiedzenia widzom ciekawych historii.  Albo generowania barwnych zwarć. Ci, którzy potrafią dobrze opowiedzieć swoją historię, są o wielekroć ważniejsi od szefa choćby najważniejszego klubu parlamentarnego.

Wszystko to w odpowiedzi na zapotrzebowanie masowego widza. Dzięki badaniom telemetrycznym wydawcy TVN24 wiedzą czy „ciągnie” jeszcze Kazimierz Marcinkiewicz, a może czas na narrację Marcina Dubienieckiego.

Tak jest w Polsce, tak jest we Francji. W szybkiej, oglądanej telewizji nie ma miejsca dla smutasów i przynudzaczy, nie ma tam miejsca dla polityków z XIX wieku, na których duża część populacji oczywiście stale chce głosować. Niektórzy z nich zresztą już zrozumieli za Sarkozym, że „komunikacja jest w akcji tym, czym lotnictwo dla piechoty”. Nie, nie muszą przynosić świńskiego łba do studia. Na początek wystaczy, że nauczą się gry na pointach, zaserwują ciekawą, zborną opowieść, i „będą ostrzy niczym brzytwa”. Ale do tego, co pokazuje przykład Józefa Oleksego, nie potrzebują już parlamentu.

Zaszczyt Marszałka Sejmu sprawowany niejako „na chwilę” przez Grzegorza Schetynę – pozostał zaś dziś najlepszą poczekalnią przed objęciem urzędu premiera. I niczym więcej.

Eryk Mistewicz

Autor jest konsultantem politycznym, twórcą strategii marketingu narracyjnego, współautorem wydanej ostatnio „Anatomii władzy”