„Kampania bez szansy drugiego dnia”, Uważam Rze

25/2011

Decyzja Trybunału Konstytucyjnego sprawiła, że krótka powakacyjna kampania będzie musiała być wyjątkowo brutalna

Na werdykt Trybunału Konstytucyjnego oczekiwano jak na sygnał startu jesiennej kampanii. Do werdyktu kandydaci, ale i wszyscy conseilleros nie wiedzieli, jaką strategię przyjąć: lepiej startować do Sejmu czy do Senatu? (nie było wiadomo, według jakiej ordynacji odbywać się będą wybory do Izby Wyższej); lepiej inwestować w kampanie internetowe czy rezerwować tablice reklamowe (nie było wiadomo, czy zostanie utrzymany zakaz reklam politycznych); lepiej znaleźć się na dalekich pozycjach „starych partii” czy zaryzykować start z senackiej inicjatywy prezydentów miast? (która ma sens w przypadku utrzymania Jednomandatowych Okręgów Wyborczych do Senatu).

Decyzje Trybunału pozwalają dziś naszkicować najbardziej prawdopodobny przebieg kampanii.

Po pierwsze, Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, z Zygmuntem Frankiewiczem, prezydentem Gliwic, i Jackiem Majchrowskim, prezydentem Krakowa, zdobyli złoty róg. Kandydaci na prezydentów miast w jednomandatowych okręgach wyborczych mają szansę zaistnienia na bocznej scenie polskiego parlamentu, o ile będą mieli ciekawy program (ten najpewniej od lat posiadają), ale przede wszystkim będą w stanie w intrygujący sposób przedstawić go opinii publicznej.

Po drugie, Internet nie wygra tych wyborów. Nie zostanie wprowadzony zakaz reklam politycznych. Wygrała wizja świata, w której to pieniądz ma decydować o wygranych wyborach; przekonanie, że „my” tych pieniędzy będziemy mieli więcej niż „oni”; przekonanie, że bez reklam politykom trudno jest już ludzi „kupić”, nie sposób inaczej nawiązać z wyborcami kontaktu. Nie wierzę w samoograniczenie się żadnej z partii w wydawaniu publicznego grosza. Nie tylko nie zostanie przerwana reklamowa spirala zbrojeń („musimy wydać więcej niż konkurenci, aby wygrać”), ale też z wyborów na wybory suma wydatków będzie większa. Żałuję, że Trybunał opowiedział się za amerykanizacją polskiej polityki, zamiast postulowanego przeze mnie od lat modelu francuskiego (zakaz reklamy wprowadzony we Francji w 1990 r. daje wszystkim partiom równe szanse, rewitalizuje politykę – vide ponad 80 proc. frekwencji w wyborach, mimo zakazu reklam).

Po trzecie, kampania będzie wyjątkowo ostra, być może najbardziej ostra z dotychczasowych. Nie tylko dlatego, że będzie krótsza niż zwykle, przy wyborach wyznaczonych przez prezydenta prawdopodobnie na 9 października. Przede wszystkim dlatego, że kampanię pozbawiono „szansy drugiego dnia”.

Dwudniowe wybory dawałyby większe szanse na zmobilizowanie elektoratu niezainteresowanego polityką, głównie Platformie Obywatelskiej. Twardy elektorat PiS pozostaje bowiem w stanie ciągłej gotowości, a siła oddziaływania partii Jarosława Kaczyńskiego, „trudnej partii na trudne czasy”, na osoby niezainteresowane polityką jest niewielka.

Tymczasem kampanie wygrywa się dziś właśnie komunikacją z osobami polityką niezainteresowanymi. Wygrywa się frekwencją wyborczą, a więc emocjami. Tylko one mogą poruszyć ludzi na tyle, by ruszyli się, poszli, zagłosowali. Nie dane, fakty, liczby, polska prezydencja, nie miliardy wydane na infrastrukturę w Polsce B, ale emocje, narracje, opowieści. Kampania jednodniowa oznacza, że Platforma musi silniej pobudzić elektorat zdemobilizowany, sięgnąć do pokładów silniejszych emocji.

Powtórzę: w tej kampanii nie będzie ważne, co Platforma Obywatelska zrobiła przez ostatnie lata ani co jeszcze partia Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny planuje zrobić, ale kto jej w tym przeszkadza. W teatrze politycznym dla niezorientowanych widzów szczególne ważne będą więc te momenty, gdy przedstawiciele PiS będą atakowali Polskę na forum międzynarodowym (także wtedy, gdy w Warszawie będą przebywały delegacje zagraniczne), będą krzyczeć na dziennikarzy na konferencjach lub dadzą się naciągnąć na dywagacje o wielkich magnesach, końcu świata lub UFO, a jeszcze lepiej o pomysłach – najbardziej radykalnych – na uzdrowienie gospodarki.

Obydwie partie będą miały powody, aby w tej kampanii oszczędzać Sojusz Lewicy Demokratycznej. Choć o ile wyborca obudzony o godz. 4 nad ranem doskonale orientuje się, o co chodzi w kampaniach PO i PIS, o tyle nie jest w stanie powiedzieć, o co dziś chodzi SLD i dlaczego miałby głosować na tę partię. Nie znajduje krótkiej, jasnej odpowiedzi. Partia Grzegorza Napieralskiego powinna więc pomóc sama sobie, aby inne – i PO, i PiS – mogły jej pomóc. Kampania się bowiem właśnie rozpoczęła.

Eryk Mistewicz

Autor jest konsultantem politycznym, twórcą strategii marketingu narracyjnego, współautorem wydanej ostatnio „Anatomii władzy”.