„Kibicuję Radkowi Sikorskiemu”, Uważam Rze

14/2011

Po raz pierwszy osoba publiczna przyjęła skuteczną strategię rozprawienia się z przemysłem pogardy w sieci

Wydawcy prasowi zarabiają dziś na portalach internetowych. Każdy „klik”, każde wejście na stronę generuje ruch przekładający się na ich zarobek. Niesamowity tytuł wiadomości, np. o ministrze, który „strzelił sobie wreszcie w łeb” (o tym, że daleko od Polski, dowiadujemy się dopiero, gdy wejdziemy w treść depeszy, co spowoduje kolejny „klik”), lub „kto jest kretynem w polskiej polityce”, daje gwarancję dużego ruchu na stronie. Lepszej ekspozycji towarzyszących wiadomościom reklam.

Nie jest ważne co, kto, po co i dlaczego. Ważne, aby było krzykliwie, ostro, aby przykuwało uwagę, generowało „kliki”.

Wydawcy prasowi, mimo że zarabiają na Internecie, najczęściej nie zgadzają się ponosić kosztów utrzymywania porządku w swoich zasobach.

Na użytkowników przenoszą odpowiedzialność za słowo, za wpisy, za dobre wychowanie i utrzymywanie kultury dyskusji. Tak deklarują w regulaminach. W rzeczywistości z pełną premedytacją prowadzą na swoich stronach hodowlę oszołomów.

Czasami zresztą trudno odróżnić redaktora od trolla, jak choćby wtedy, gdy bal w Wiedniu (gdzie wśród tysiąca osób bawił polski polityk z partnerką życiową i była tam też Ruby, przyjaciółka Berlusconiego) wykorzystują do uruchomienia fajerwerku „klików” tytułem: „X (tu nazwisko polskiego polityka) na imprezie z luksusową prostytutką”.

Oszołomy i trolle hodowane przez właścicieli portali stanowią bowiem ich największy kapitał. Bez ich obscenicznych wpisów nie mieliby pewności, że powstaną kolejne, jeszcze bardziej agresywne komentarze, a więc będą kolejne „kliki”.

Wyzywanie premiera od nierobów, a lidera głównej opozycyjnej partii od debili na nikim już nie robi wrażenia. Nie powoduje ruchu na portalu. Trzeba więc podkręcić dyskusję. Czy i gdzie jest granica? W wezwaniu do strzelenia sobie w łeb przez premiera? W zbieraniu na sznur dla lidera opozycji? W wezwaniu do linczu wobec „ministra Żydka”?

Nie, nie ma granicy, gdyż – jak znów twierdzą właściciele portali – nie ma technicznej możliwości opanowania tak wielu, idących już w setki tysięcy, wpisów. Nie jest to prawdą. Ale też nie jest naszym problemem, bowiem nie my czerpiemy korzyści z opisanego procederu.

Stworzenie miejsca w sieci, często pod marką znanej gazety, plucia i obrażania ludzi, hodowli internetowych trolli, wzmacniania agresji w celu podkręcenia ruchu – ruchu sprzedawanego reklamodawcom – to dziś najprostszy z biznesów medialnych.

Minister Radek Sikorski jest pierwszą osobą publiczną, która przyjęła skuteczną, moim zdaniem, taktykę wobec wydawców portali prasowych. Podał do sądu wydawców „Faktu” i „Pulsu Biznesu” za wpisy internetowe na ich forach. Szykuje pozwy wobec następnych.

W odróżnieniu od wcześniejszego powództwa wytaczanego przez osoby publiczne twórcom wpisów nie wejdzie w ślepą uliczkę ustalania ich numerów IP (pozwalających na identyfikację), długotrwałego ścigania autorów, słusznie uznając, że walka z internautami nie jest jego celem.

Odpowiedzialni za treści publikowane na portalach są przecież ci, którzy czerpią z nich korzyść. To wydawcy, zarządzając przestrzenią w sieci i zarabiając na niej, powinni stworzyć w swoich serwisach warunki poszanowania praw innych, nie mówiąc o zasadach współżycia społecznego i najzwyklejszej, choć trudnej do skodyfikowania, kultury. Dokładnie tak, jak dochowują wielkiej staranności w eksponowaniu reklam.

Sikorski może przejść do historii jako ten, który walcząc o honor swój i swoich najbliższych, naruszany na skalę masową na forach i portalach gazet, mając świadomość, jaką wartością jest dla niego wizerunek, ucywilizuje polski Internet.

Wizerunek jest dziś wartością zarówno w przypadku polityka, przedsiębiorcy, nauczyciela, sportowca, dziennikarza, prawnika, lekarza, jak i osoby dopiero wchodzącej na rynek pracy, która już doświadcza zmasowanej akcji dyfamacyjnej w Internecie.

Najnowszy raport Cross-Tab pokazuje, że 89 proc. headhunterów przed spotkaniem z kandydatem surfuje po sieci, zbierając informacje na jego temat. E-reputacja, wizerunek osoby publicznej w sieci, jest tematem coraz częściej dyskutowanym podczas spotkań ekspertów PR i Personal Brandingu. Prawo w innych krajach broni dziś obywateli narażonych na oszczerstwa i zniesławienia, wymusza odpowiedzialność właścicieli sieciowej przestrzeni. Podobne działania w Polsce zależą od tego, czy znajdzie się pierwszy, który z determinacją powie: dość.

Znalazł się, dlatego warto jemu i jego walce, dla dobra wszystkich, kibicować.

Eryk Mistewicz

Autor jest konsultantem politycznym, twórcą strategii marketingu narracyjnego, współautorem wydanej ostatnio „Anatomii władzy”.