„Wyborczy czas Nicolasa S.”, Uważam Rze

17-18/2012

Kampania rozegrana w dwie, trzy sekundy. Nie program, idee, lecz symbole – tam szukajmy dziś odpowiedzi na pytanie o zwycięstwo.

Z wielkiego meetingu Nicolasa Sarkozy’ego na placu de la Concorde zostały jedynie dwie-trzy sekundy. Dwie-trzy sekundy odmierzane jego rolexem.

Już wcześniej ten zegarek stał się symbolem – złej prezydentury. Podobnie jak piec do pizzy, którego zainstalowania w prezydenckim Airbusie miał zażądać Sarkozy. Nieważne, czy to prawda, czy nie. Ważne, że cała Francja mówiła o nieszczęsnym piecu do pizzy.

Jeden z ministrów opowiadał mi, że trzymał kiedyś zegarek prezydenta. Podczas posiedzenia Rady Gabinetowej prezydent „puścił w obieg” zegarek, który otrzymał właśnie od żony – drogiego rolexa za 55 tysięcy euro – i każdy mógł go podziwiać. Nie wypadało przekazać go od razu dalej, należało z pietyzmem oglądać.

Jacques Seguela, nestor mojej branży mówi zresztą, że jeśli polityk, ale i doradca polityczny, nie ma złotego rolexa i konta na Twitterze, znaczy mniej więcej tyle, że nie istnieje, przegrał życie, przynajmniej zawodowe.

Tymczasem opozycja wylicza: roczny budżet prezydenta Francji (poza podróżami) to 92 mln Euro (podczas gdy w USA 55 mln, Niemcy 41,9 mln, UK 31 mln), czyli roczny koszt roczny utrzymania prezydenta na mieszkańca to 1,44 Euro (Niemcy 0,49 Eur, UK 0,22 Eur, USA 0,17 Eur). A więc prezydentura droga, prezydentura bling-bling (błyskotek i szpanu), prezydentura bez szacunku dla ludzi.

I symbolem tej prezydentury nieszczęsny rolex.

Kilka milionów Euro kosztowało zorganizowanie meetingu na tydzień przed pierwszą turą wyborów. Dobra scenografia, świetny scenariusz, ponad 100 a może 120 tysięcy ludzi. I ten jeden, jedyny moment, który przetrwa z tego meetingu. Nie słowa, lecz obraz.

Jeśli mówimy czasami, że dwie-trzy sekundy mogą dziś zabić najlepszą kampanię, to być może będą to te dwie-trzy sekundy. Zarejestrowane przez kamery sztabu, udostępnione przez nieuwagę mediom. Gdy prezydent zmierzając w stronę podium witał się z tłumem. Podawał ręce i szedł, szedł.

W marketingu politycznym pojawiają się czasami przeliczniki: ile trzeba podać rąk, żeby zdobyć ile głosów. To Amerykanie. Bowiem lepiej, aby Sarkozy teraz nikomu rąk nie podawał.

Jednak szedł przed siebie i ściskał ręce. Nagle sobie przypomniał, i – widząc kilka metrów przed sobą czarnoskórego obywatela (Negrofrancuza, jak chcieliby zwolennicy politycznej poprawności) zrobił to, co zrobił. Dziś mówią o tym już wszyscy.

Zdjął zegarek. Schował do kieszeni. Z obawy przed pick pocketami. Z obawy przed kieszonkowcami. Dwie, najwyżej trzy sekundy. Tuż przed uściśnięciem czarnoskórego obywatela rolex trafia do kieszeni prezydenta.

Historia rozejdzie się wśród ludzi? Tak, na pewno. Okaże się równie ważna jak program, idee? Obawiam się, że ważniejsza. Łatwiej przyswajalna, rezonowalna, przenoszona dalej i dalej, powtarzana, wzmacniana.

Kampania to przede wszystkim poszukiwanie symboli. Zegarek schowany przed tłumem, przed czarnoskórym obywatelem, odmierzać zaczął czas kandydata. Dwie, trzy sekundy do mety.

Eryk Mistewicz