„Zazdroszczę Francuzom tej kampanii”, Uważam Rze

19/2012 

Przedwyborcze starcie nad Sekwaną oparte jest przede wszystkim na myśleniu, a nie – jak w USA – na wielkich pieniądzach.

 Zazdroszczę Francuzom przejrzystych reguł. Każdy kandydat ma w wyborach równe szanse. Odkąd wprowadzono w 1990 r. zakaz dokupywania reklam – pieniądze nie decydują. W dwóch-trzech miejscach dzielnicy władze samorządowe umieszczają ciągi tablic. Na każdej naklejane jest to, co komitet wyborczy przekazuje. Billboardów dodatkowo dokupić nie można.

Zazdroszczę im równych szans. Nawet kandydaci niemający pieniędzy na zorganizowanie meetingu (kandydat Jacques Cheminade swoje najważniejsze spotkanie z Francuzami przeprowadził w formie… wideobloga) są na równi z pozostałymi zapraszani do stacji telewizyjnych dysponując tam takim samym czasem jak Sarkozy czy Hollande. Takim samym czasem – czasem bezpłatnym – w pasmach wyborczych. Dodatkowych reklam, dodatkowego czasu dokupić nie można.

Zazdroszczę im państwa, które swój obowiązek podczas wyborów widzi właśnie w zapewnieniu wszystkim ubiegającym się o mandat równych szans. Dlatego też np. państwo przejmuje na siebie obowiązek przekazania obywatelom programów wyborczych. Szara koperta z dziesięcioma ulotkami każdego z kandydatów (każda ulotka tej samej wielkości i wagi) trafia do każdego z Francuzów, imiennie adresowana.

Zazdroszczę im elit. Prawdziwych elit piszących i czytających książki. Miliony książek! Najmniejsza nawet francuska księgarnia w jednej trzeciej wypełniona jest dziś analizami, biografiami, sporami i komiksami wokółwyborczymi. Debaty wyborcze wyborcze przyciągają tłumy.

Zazdroszczę im bliskości polityków i polityki ludzkim sprawom. Końcówkę kampanii 2007 r. zdominował problem palenia tytoniu w miejscach publicznych – odnosili się wszyscy do tej sprawy, poprzez nią „opowiadali” swoją politykę, swój program dla Francji i Francuzów. Kampania 2012: problemy bezpieczeństwa i imigrantów oraz zapewnienie wzrostu gospodarczego. Tematy opowiadane Francuzom tak, aby zrozumieli. Poprzez ciekawe narracje.

Zazdroszczę im przekonania, że mogą zrobić swoje kampanie bez amerykańskich doradców, amerykańskiego blichtru, amerykańskiego prymitywizmu. W kampaniach w Rumunii, Estonii, ale i w Polsce natykałem się na amerykańskich doradców lekce sobie ważących uwarunkowania kulturowe, odmienne uregulowania choćby kwestii foundraisingu. Zdecydowanie wolę model francuski kampanii, gdy zamyka się ona kwotą 230 mln euro, niż kampanie amerykańskie, których koszty liczone są w miliardach dolarów.

Zadroszczę wysokiej frekwencji. Nawet jeśli ostatnio po ogłoszeniu ostatecznych wyników spłonęło w całej Francji 700 samochodów, nawet jeśli płonących samochodów będzie teraz więcej, to pamiętajmy, że taka jest też cena wysokich emocji, w ślad za tym wysokiej, 85,6% frekwencji. Frekwencji osiągniętej dobrymi opowieściami, nie zaś wielkimi pieniędzmi.

Zazdroszczę im luzu, który wszakże nie wyklucza powagi. Zazdroszczę im jakości struktur i ludzi, zazdroszczę strategii, myślenia, nie beznamiętnego łomotu. Zazdroszczę rozpolitykowania w barach, brasseriach, w metrze.

Zazdroszczę Francuzom tej kampanii.


Eryk Mistewicz