„Najbliższa niedziela pokaże, z jakiej pozycji Sarkozy będzie startował ku prezydenturze”, wPolityce.pl

25 marca 2011 r.

wPolityce.pl: W niedzielę wieczorem na Twitterze podawał Pan niepokojące informacje ze sztabu rządzącej partii UMP. Można było wywnioskować, że nastroje w pierwszej turze wyborów kantonalnych w obozie Sarkozyego były fatalne. Francuzi odwracają się od pierwszego postpolitycznego prezydenta i tej ekipy?

Eryk Mistewicz (konsultant polityczny, autor strategii marketingu narracyjnego): – Do wyborów prezydenckich jeszcze ponad rok, trwają przetasowania na scenie. Nie pokusiłbym się na tak drastyczną diagnozę. Pierwsza tura wyborów kantonalnych w niedzielę 20 marca stanowiła jednak sygnał ostrzegawczy. To, że na pierwszym miejscu, z 25 % poparciem, znaleźli się kandydaci Partii Socjalistycznej nie jest tak interesujące, jak fakt, że drugie i trzecie miejsce są bardzo blisko siebie. Na drugim miejscu jest UMP z 17 %, na trzecim FN z ponad 15 %. Dla porównania, w poprzednich wyborach kantonalnych w 2008 r. FN zdobył 4,8 %.

I rzeczywiście w sztabie UMP dało się odczuć rodzaj zawodu. Ale też trudno inaczej reagować na napływające wyniki z miast, w których w drugiej turze nie spotkają się już reprezentanci UMP i PS, ale PS i właśnie FN. Albo z kantonów, w których już w pierwszej turze zwyciężyli kandydaci Frontu. Sztabowcy UMP musieli też przyjąć policzek z Neuilly-Sur-Seine. W mieście Nicolasa Sarkozyego, jego faworytka Marie-Cecile Menard zdobyła ledwie 25% głosów, została pokonana przez Jean-Christophe Fromantin, niezależnego kandydata prawicowego, zdobywcy ponad 51% głosów.

To tak, jakby przepadł rekomendowany przez Donalda Tuska kandydat do władz Sopotu?

Porównanie niestety uzasadnione. Z kolei Bernardette Chirac, żona byłego prezydenta Jacquesa Chiraca, która pod sztandarami UMP nie powinna mieć przecież najmniejszego kłopotu, ledwo ledwo została wybrana. Uzyskała 50,001% głosów. Zadecydował jeden głos. Pełna symbolika.

Najniższa była też frekwencja w tych wyborach, najniższa w historii francuskiej demokracji, wyjąwszy referendum europejskie z maja 2005 r. W pierwszej turze nie przekroczyła 45%. Jak na Francję, gdzie w każdych wyborach bite są rekordy frekwencyjne, z olbrzymimi emocjami przekładającymi się na ponad 82% głosujących w wyborach prezydenckich, i choćby 65 % frekwencją w porównywalnych wyborach w 2008 r., to znak ostrzegawczy dla całej francuskiej klasy politycznej.

Niska frekwencja przyczyniła się też do dobrego wyniku kandydatów Frontu Narodowego. Choć uproszczeniem jest opinia, że tylko niska frekwencja tu zaważyła. Przez Francję ewidentnie przechodzi „fala Blue Marine”, jak powtarzają dziś do znudzenia wszyscy działacze FN.

O wzroście pozycji Frontu Narodowego i o przyczynach tego stanu rzeczy mówiliśmy już, gdy Marine Le Pen wyszła na prowadzenie w sondażu prezydenckim Ofensywa libijska jak rozumiem niewiele pomogła prezydentowi Sarkozyemu?

Ofensywa libijska na pewno przysłużyła się Sarkozyemu, tu nie mam wątpliwości. Postawienie na jedną kartę przez prezydenta, bardzo aktywna polityka Francji, podoba się Francuzom. Znów są dumni ze swego kraju, przekonani o nieco mocarstwowej roli. Znów Sarkozy, jak na początku prezydentury, nie chce być tylko prezydentem Francji, ale czuje się prezydentem Europy.

Na polu emocji i symboli ekipa UMP jest ekipą mistrzowską. Zaczynam mieć przekonanie, że dalsze eskalowanie sporu wokół tożsamości narodowej zaprogramowane przez UMP, w tym także stosunku do napływających imigrantów, do Wielkich Religii, służyło będzie po równo i Nicolasowi Sarkozyemu i Marine Le Pen. Wymarzoną dla reelekcji byłaby sytuacja, w której ta dwójka wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich. Wówczas Sarkozy zwycięży.

Chyba że kandydatem socjalistów będzie Dominique Strauss-Kahn, na tę decyzję przyjdzie jednak trochę jeszcze poczekać. Ale – powtarzam – do wyborów jeszcze 15 miesięcy. To będzie czas dla silnych osobowości i najlepszych strategii komunikacyjnych. Najbliższa niedziela będzie miała wpływ na to, z jakiej pozycji Sarkozy będzie startował ku prezydenturze.

W niedzielę 27 marca II tura wyborów kantonalnych. To będą ostatnie wybory przed wyborami prezydenckimi 2012. Ostatni realny test.

I odpowiedź na pytanie, jak zachowa się elektorat, czy stworzy się „Front Republikański” przeciw Frontowi Narodowemu, łagodzący różnice między PS a UMP i wskazujący wyborcom w kantonach, gdzie nie ma ich faworytów, wspólnego wroga: FN. Za „Frontem Republikańskim” i głosowaniem wbrew sobie, ale tak aby nie dopuścić FN do władzy, opowiada się dziś np. były premier Dominique de Villepin ale też Jean-Louis Borloo czy Valerie Pecresse.

Dla mnie jednak bardziej przekonująco brzmi w tym momencie Henri Guaino, odpowiedzialny za strategię komunikacyjną prezydenta Sarkozyego, opowiadający się przeciw „Frontowi Republikańskiemu” i argumentujący, że lepiej jest wsłuchać się w głos wyborców FN, nie bagatelizować ich ale wsłychać, zrozumieć strach powodujący głosowanie na FN. Zarówno niska frekwencja z jednej strony, jak i głosowanie na ugrupowania skrajnej lewicy czy skrajnej prawicy świadczą o radykalizacji nastrojów społecznych. A zarówno Naród, jak i Republika, jak i Joanna d’Arc – co często powtarza Guaino – nie należą i nie będą należały do FN, w sensie symbolicznym rzeczy jasna. I UMP nie powinno dać satysfakcji schodząc z pola bitwy na prawicy.

Rozstrzygnięcia już w niedzielę, i tradycyjnie informacje z kuluarów w ciągu dnia, omijające ciszę wyborczą pozwolę sobie zamieścić na Twitterze. A wieczorem informacje o ostatecznych rozstrzygnięciach.

(Not.SL)